Największy problem finansowy Polaków (i jak sobie z nim poradzić?)

Tytuł tego artykułu pachnie tanią sensacją, ale wbrew pozorom temat jest dość poważny. Zastanówmy się przez chwilę nad tym zagadnieniem…

Czy największym problemem finansowym Polaków jest spirala długów, w którą wpadają? Nagłe „wypadki”, na które nie są przygotowani? Nieumiejętne posługiwanie się kartą kredytową? Pozwalanie na to, aby ich pieniądze traciły na sile nabywczej? Małe zarobki? A może zbyt duża rozrzutność?

Myśli moje i Pawła Sygnowskiego krążyły wokół tych przyczyn jakieś pół roku temu, gdy zabieraliśmy się za poszukiwanie odpowiedzi na to pytanie. Okazało się jednak, że głównym źródłem problemów finansowych był, nadal jest i prawdopodobnie jeszcze długo będzie…

Brak praktycznej wiedzy o pieniądzach i posługiwaniu się nimi!

Jest to całkiem logiczne: jeśli ktoś nie wie jak postępować z pieniędzmi, to będzie popełniał błędy, które z czasem będą się nawarstwiały, prowadząc często do katastrofalnych i długofalowych skutków, których część wymieniłem wyżej.

Wiecie, co jest w tym najśmieszniejsze? Że temat edukacji finansowej – a raczej jej braku – pojawia się „dookoła” od dłuższego czasu… pisał o tym Kiyosaki, pisałem o tym ja, pisali inni blogerzy, pisali w książkach, mówili w radiu, mówili w telewizji itp. itd.

I co? I nic!

My, czyli ja i Paweł Sygnowski, chcemy to zmienić.

Jak to się zaczęło…

Temat edukacji finansowej wypłynął między mną, a Pawłem około pół roku temu. Nasze kontakty zaczęły się od sprawy zupełnie niezwiązanej z finansami osobistymi (bodajże była to współpraca marketingowa), ale między dwoma gośćmi zajmującymi się na co dzień tematyką okołopieniężną ta kwestia musiała wypłynąć prędzej, niż później. Po burzliwej wymianie maili i rozmowach na Skype doszliśmy wspólnie do kilku wniosków:

  1. W Polsce brak jest materiałów edukacyjnych dostosowanych do polskich realiów. Co z tego, że półki w księgarniach uginają się pod ciężarem książek takich autorów, jak Kiyosaki, Bach, Allen, Orman, Schaeffer czy Eker, jak wiedza w nich zawarta jest dostosowana do zachodniego (głównie amerykańskiego) odbiorcy.
  2. Ogromny nacisk edukacji finansowej poświęcony jest oszczędzaniu. Jest to naturalnie bardzo istotna dziedzina obcowania z pieniędzmi, ale nie jedyna! Edukacja finansowa powinna również uczyć tego jak… zarabiać pieniądze!
  3. Prawie całkowicie pomijany jest aspekt psychologiczny i społeczny w nauczaniu o pieniądzach. Mało kto porusza takie kwestie, jak: przyzwyczajenia związane z pieniędzmi, pieniądze w związkach, wzorce finansowe przejęte od rodziców i bliskich, różnice mentalne między bogatymi i biednymi ludźmi itp. a są to niezwykle istotne, dla wielu osób trudne do przeskoczenia kwestie, które definiują postępowanie z pieniędzmi.
  4. Wiedza o finansach przekazywana w książkach to często powtarzanie tych samych sloganów: odkładaj 10% pensji, spłać długi, tnij koszty itp. itd. w kółko. Fakt, to podstawy edukacji finansowej, ale stanowią one zaledwie fragment tej niezwykle ciekawej dziedziny dysponowania pieniędzmi.
  5. Brak jest kompleksowego materiału, który sprawnie przeprowadziłby osobę chętną poszerzyć swoją wiedzę o finansach przez gąszcz wyselekcjonowanych, praktycznych informacji. Dziś, żeby zorientować się w tej dziedzinie, trzeba wydać sporo pieniędzy na różne książki oraz poświęcić sporo czasu na ich przeczytanie i zrozumienie. Oczywiście mało kto może sobie na to pozwolić, ponieważ skupiamy się na zarabianiu na podstawowe potrzeby życiowe oraz spłatę kredytów konsumpcyjnych i hipotecznych. To dlatego książki zbierają kurz, wiedza z nich pozyskana jest zapominana, a nasze życie się nie zmienia.
  6. Wiele książek o finansach robi coś, co nazywam sprzedawaniem marzeń i nadziei, zamiast jasno wykładać fakty. To prawda: fajnie się czyta o pasywnym dochodzie, milionach na koncie, podróżowanie po świecie i rosnących zyskach z inwestycji, ale mało kto pisze, że to nie dzieje się z dnia na dzień oraz że „bez pracy nie ma kołaczy!”
  7. Wiedza o finansach jest… droga! Dobre książki kosztują kilkadziesiąt złotych za sztukę, a wiadomo, że na jednej poprzestać zbytnio nie można. Kursy i seminaria finansowe to wydatek rzędu kilkuset (500+) złotych, co również niespecjalnie zachęca do sięgnięcia po portfel, zwłaszcza przez osoby mniej zamożne.

Wszystkie te obserwacje sprawiły, że postanowiliśmy przygotować nasz własny kurs finansowy, w którym bez owijania w bawełnę, waląc prosto z mostu, wykładamy esencję wiedzy o finansach osobistych, dzięki której każdy, kto boryka się z przykrymi konsekwencjami błędnych decyzji finansowych, wyjdzie na drogę, na której końcu jest… niezależność finansowa.

Konkrety

Nasz kurs jest przygotowany w taki sposób, żeby zniwelować wszystkie wyżej wymienione problemy z innymi produktami tego typu:

  1. Wiedza jest oparta całkowicie na polskich realiach i jest sprawdzona w polskich realiach. W naszym kursie NIE MA informacji, których nie mógłbyś praktycznie zastosować w Polsce.
  2. Tematyka efektywnego oszczędzania pieniędzy to zaledwie fragment kursu. My jednak podpowiadamy również w jaki sposób efektywnie ZARABIAĆ pieniądze.
  3. „Gryziemy” temat finansów osobistych nie tylko od strony praktycznej, ale także od strony psychologicznej! Pomaga nam w tym Marcin Kijak – ekspert od zmiany osobistej.
  4. Nie tylko kondensujemy typową wiedzę o finansach (odkładaj 10% pensji itp.) w strawne porcje, ale rozszerzamy ją i podajemy przykłady praktycznego zastosowania!
  5. Zgodnie z zasadą Pareto, oferujemy 20% wiedzy dającej 80% MIERZALNYCH efektów. Dzięki temu każdy znajdzie czas na ich poznanie i praktyczne zastosowanie. Kurs to same konkrety, bez lania wody.
  6. Może to nasz błąd, ale nie sprzedajemy marzeń o milionach. Wykładamy kawę na ławę i piszemy o kwestiach finansowych wprost. Po ukończeniu kursu będziesz mieć solidny PLAN DZIAŁANIA, dzięki któremu będziesz na najlepszej drodze do zrealizowania celu, jakim jest… wolność finansowa.
  7. Najlepsze zostawiłem na koniec… nasz kurs oferujemy w bardzo przystępnej cenie (już za chwilę przekonasz się jak bardzo), dzięki czemu jest on dostępny praktycznie dla każdego, komu naprawdę zależy na zdobyciu wiedzy o finansach.

Kurs podzielony jest na dziesięć obszernych lekcji, w których przekazujemy esencję wiedzy o finansach osobistych. Poszczególne porcje materiału wysyłane są na email raz w tygodniu, aby dać każdej zabieganej osobie czas na zapoznanie się z wiedzą i jej wdrożenie. Po ukończeniu kursu wszelkie wątpliwości rozwiewamy podczas konsultacji przeprowadzanych mailowo lub przez Skype.

„Ale Paweł, czy ten kurs jest dla mnie?”

Jeśli doczytałeś do tego miejsca, to jesteś już prawdziwie zainteresowany naszym kursem. Pozostaje tylko uzyskanie odpowiedzi na wspomniane wyżej pytanie: czy ten kurs jest dla Ciebie?

Otóż, ten kurs jest dla Ciebie idealny, jeżeli:

  • jeszcze nie posiadasz wystarczającej wiedzy o finansach osobistych lub chciałbyś poszerzyć znajomość tego tematu,
  • borykasz się z problemami finansowymi i nie bardzo wiesz jak sobie z nimi poradzić,
  • chcesz dowiedzieć się jak efektywnie radzić sobie z finansami osobistymi w polskich realiach,
  • znudziły Cię już oklepane informacje typu „odkładaj 10% pensji” i jej podobne,
  • uważasz, że niezależność finansowa to cel, do którego warto dążyć w swoim życiu,
  • potrzebujesz skutecznego planu na zapewnienie sobie i swoim bliskim godnego życia,
  • masz świadomość, że nie ma co liczyć na pomoc państwa podczas emerytury, ale nie bardzo wiesz jak zorganizować sobie własną,
  • jesteś gotów na skoncentrowany wysiłek, dzięki któremu Twoja sytuacja finansowa z każdym dniem będzie ulegała poprawie.

Zatem, jeśli zgadzasz się choćby z jednym z powyższych podpunktów, już teraz kliknij poniższy link i zapoznaj się ze szczegółami oferty kursu…

„WOLNI FINANSOWO:
Jak, nie zmieniając swojej pracy, z przeciętną pensją,
stać się niezależnym finansowo?”

Plan finansowy i miesięczna siła nabywcza

Luty to doskonały miesiąc na zrobienie tego, o czym zazwyczaj się zapomina w styczniu (głównie na skutek „kaca” po świąteczno-karnawałowych wydatkach): przygotowanie ramowego planu finansowego na resztę roku. Być może ta czynność wydaje się dla Ciebie nudna i zbędna, w myśl zasady, że „nic nie dzieje się zgodnie z planem”, ale uwierz mi, że o wiele lepszym wyjściem jest mieć „jakiś plan”, niż nie mieć żadnego. W końcu nie bez kozery mawia się, że „brak planowania, to planowanie porażki”.

Jak wygląda taki plan finansowy?

Bardzo prosto: wystarczy zwykła kartka papieru, przedzielona pionową kreską na pół, na której lewa kolumna to miejsce do wpisywania szacowanych przychodów, natomiast prawa – „dużych” wydatków, które potrafimy przewidzieć (pomijając oczywiście takie sprawy, jak jedzenie, ubrania, imprezy, paliwo itp.).

Po stronie przychodów sprawa zazwyczaj sprowadza się do wpisania łącznych miesięcznych zarobków i przemnożenia ich przez 12. Jeśli pracujesz jako freelancer, mediana opodatkowanych przychodów z pięciu ostatnich miesięcy powinna być wystarczająca.

Po stronie wydatków wpisujemy takie sprawy, jak: abonamenty telefoniczne, za internet, tv cyfrową, subskrypcje, ubezpieczenie na auto, czynsz, raty kredytów, rachunki za media (je proponuję powiększyć o ok. 10% bo w ciągu roku pewnie wzrosną), kieszonkowe dzieci – słowem: wszystkie znane koszty ponoszone regularnie. Wszystko oczywiście notujemy w ujęciu rocznym, czyli x12.

Co nam to daje?

Po zsumowaniu obu kolumn i odjęciu sumy przychodów od sumy wydatków pojawia się liczba, którą nazywam roczną siłą nabywczą (RSN). W dużym uproszczeniu mówi nam ona na ile możemy sobie w tym roku pozwolić. Z tej kwoty będziemy pokrywali koszty jedzenia, paliwa, ubrań, rozrywek… ogólnie rzecz biorąc wszystko będzie opłacane z tego, co nam zostanie. Praktyczny wymiar rocznej siły nabywczej jest raczej niewielki, dlatego warto wyliczyć miesięczną siłę nabywczą (MSN).

MSN to liczba, która mówi ile pieniędzy zostaje nam „na życie” w danym miesiącu. Jeśli nasze wydatki przekroczą tę wartość, to zawsze odbywa się to kosztem przyszłomiesięcznej siły nabywczej. Jeśli natomiast zmieścimy się w tej granicznej kwocie, wtedy generujemy oszczędności, które możemy przeznaczyć np. na fundusz awaryjny, planowy, inwestycyjny, nadpłacenie kredytu lub rozrywki.

Również, dzięki wyznaczeniu swojej MSN możemy w prosty sposób oszacować, czy taka kwota nas zadowala i czy pozwala na prowadzenie pożądanego stylu życia. Jeśli jest zbyt niska, być może powinniśmy poprosić o podwyżkę, zmienić pracę lub rozejrzeć się za dodatkowymi źródłami dochodu.

Oczywiście liczenie miesięcznej siły nabywczej w lutym o niczym jeszcze nie przesądza – wszak do końca roku zostało dziesięć i pół miesiąca – jednak znajomość tego wskaźnika definitywnie pozwoli nam lepiej gospodarować pieniędzmi i podejmować bardziej rozważne decyzje związane z finansami osobistymi.

Lepszy taki plan, niż żaden… prawda?

Pieniądze w związku

Czy wiesz, że najczęstszym powodem kłótni w stałych związkach nieformalnych oraz małżeństwach są pieniądze? Poziom frustracji jest często tak ogromny, że pary najzwyczajniej w świecie decydują się na zakończenie relacji. Moim zdaniem jest to jednak najgorsze wyjście – można się przecież… dogadać.

Zacznijmy jednak od początku…

Głównym powodem takiego, a nie innego postępowania z pieniędzmi jest wychowanie poszczególnych osób oraz wzorce wyniesione z domu. Tendencja jest generalnie taka, że jeżeli czyiś rodzice byli rozrzutni, często korzystali z kredytów i wydawali pieniądze na zachcianki, istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że latorośle będą powielały ten wzorzec. Z drugiej strony, nadmierna oszczędność u rodziców również może powodować zbyt oszczędne zachowanie u dzieci. Nie obcy jest jeszcze jeden wariant: życie za młodu w biedzie powoduje nieraz w dorosłym życiu szastanie pieniędzmi na prawo i lewo — zwłaszcza, gdy wpadnie się w rozrzutne towarzystwo.

W sytuacji, gdy dwoje osób o skrajnie rożnym podejściu do pieniędzy spotyka się przez dłuższy czas, prędzej czy później pojawiają się „tarcia” na tej płaszczyźnie życia osobistego, które – jeśli w porę nie rozwiązane – prowadzą do rozpadu związku. Warto zatem obserwować zwyczaje partnera i jak najwcześniej otwarcie porozmawiać o podejściu do pieniędzy. Te działania pozwolą w miarę szybko znaleźć pole do kompromisu, a w skrajnych przypadkach – uchronią przed życiem z niewłaściwą osobą.

Do spraw, na które warto zwrócić szczególną uwagę, należą:

  • nadmierne impulsowe wydawanie pieniędzy – każdy od czasu do czasu kupuje coś „ot tak”, ale jeśli jest to regułą, to trzeba się takim zwyczajom przyjrzeć dokładniej;
  • tendencje do zakupoholizmu – jeżeli ktoś dla poprawy nastroju notorycznie chodzi na zakupy, to może być to o wiele bardziej złożony problem i wymagać pomocy specjalisty,
  • najbliższe otoczenie partnera – jak mówi przysłowie: kto z kim przystaje, takim się staje. Przebywaj za długo wśród osób rozrzutnych, a wpadniesz w długi. Przebywaj wśród skąpych, a szybko zdziadziejesz.
  • skłonności do hazardu – co niektórzy potrafią wydać setki złotych na zakłady Lotto czy postawić na drużynę sportową. Jeżeli ktoś doprowadza się do sytuacji, w których zaczyna mu brakować środków do życia lub z powodu hazardu popada w długi, to jest to „stan alarmowy”,
  • nadmierne oszczędzanie – zwane potocznie skąpstwem. Jeśli ktoś nie chce pojechać na urlop, bo ma park pod domem, nie pójdzie do kina, bo ściągnie sobie divx’a, a do tego oszczędza na wszystkim – wliczając jedzenie i zdrowie – to taka postawa też nie prowadzi do niczego dobrego między dwójką ludzi w związku.
  • nałogi – jeśli ktoś pali dwie paczki papierosów dziennie lub kończy pracę czteropakiem browara, to takie wydatki będą w przyszłości stanowiły zauważalne obciążenie domowej kiesy, a są niesamowicie trudne do wykorzenienia.

Jak rozmawiać z partnerem o pieniądzach?

Wierzcie lub nie, ale zanim stanęliśmy z Kasią na ślubnym kobiercu mieliśmy kilka mniej lub bardziej poważnych rozmów o pieniądzach: o tym jak je postrzegamy, jak nimi gospodarujemy, na co chcemy je w przyszłości przeznaczać itp. Dzięki temu nie tylko zbliżyliśmy się do siebie, ale wiedzieliśmy, czego spodziewać się po drugiej osobie w tej kwestii. Jeżeli jesteś w poważnym związku i jeszcze nie przeprowadziliście takiej rozmowy, to pamiętajcie, że najlepszy czas na to był „wczoraj”. Z drugiej strony: nigdy nie jest na taką pogadankę za późno.

Poniżej prezentuję listę tematów, które warto obgadać. Być może niektóre wydadzą się Wam zbyt trudne, ale wierzcie mi – lepiej poruszyć trudny temat i mieć spokój, niż za 5 lat rwać z głowy włosy po każdej kłótni związanej z finansami.

Oto proponowana lista pytań do omówienia:

  1. „Jakie jest twoje podejście do wydawania pieniędzy?” Dzięki temu pytaniu najłatwiej wychwycić różnice, które mogą w przyszłości utrudniać wspólne życie.
  2. „Jak wydawano pieniądze w Twoim domu?” To pytanie pozwoli uzyskać ogólne informacje o wzorcach, jakie pojawiały się w domu partnera i lepiej zrozumieć jego obecne postępowanie.
  3. „Czy masz jakieś długi, o których nie wiem?” Bezpośrednie pytanie, ale pozwala uniknąć najróżniejszych kłopotów w przyszłości.
  4. „Jak widzisz nasze wspólne finanse dziś i w przyszłości?” Pytanie, dzięki któremu można obgadać i ustalić spójną strategię gospodarowania pieniędzmi. Taką, która będzie odpowiednia dla obu stron.
  5. „Jakie są Twoje cele finansowe? Jakie są/będą nasze cele finansowe?” Jeżeli ktoś chce podróżować po świecie i woli na ten cel odkładać pieniądze, podczas gdy druga osoba marzy o własnych czterech ścianach i zapuszczeniu korzeni, to finansowo te cele różnią się od siebie znacznie. Warto zatem jak najszybciej dowiedzieć się o aspiracjach partnera i ustalić również wspólną drogę.

Takie rozmowy nie należą do najłatwiejszych, ale definitywnie są niezbędne. Okażcie sobie tolerancję względem poglądów oraz otwórzcie na kompromisy, a wszystko będzie w porządku.

Finanse w związku

Z mojego doświadczenia wynika, że najczęściej stosuje się dwa modele finansowania wydatków w związkach:

  • wspólne konto – partnerzy przelewają swoje przychody na jedno konto, oboje mają do niego dostęp i korzystają z zasobów wedle potrzeb i ochoty,
  • osobne konta z podziałem zobowiązań do opłacenia – partnerzy zachowują swoje konta, ale dzielą się rachunkami i kosztami do opłacenia, każde odpowiadając za swoją część.

Rozmawialiśmy z Kasią i doszliśmy do wniosku, że żaden z tych modeli nam nie odpowiada. Nie wyobrażam sobie, żeby Kasia patrzyła na mnie wilkiem tylko dlatego, że raz na rok kupuję sobie nowego iPhone’a, z kolei ona na pewno nie chciałaby wysłuchiwać mojego gderania, że znowu była u fryzjera czy że kupiła sobie nowy ciuch. Gdyby te wydatki – ważne osobno dla każdego z nas – finansować ze wspólnej kasy, prowadziłoby to do nieustannych kłótni. Z kolei pełna rozdzielność i podział zobowiązań do opłacenia też nie jest dobrym wyjściem, ponieważ ciężko wtedy o jakieś systematyczne odkładanie pieniędzy, a do tego nie ma rozsądnego sposobu na podział kosztów zmiennych, typu jedzenie, wyprawka szkolna dla dziecka, wspólne wyjazdy itp.

Jak zatem sobie z tym poradzić?

W naszym przypadku rozwiązaliśmy to w następujący sposób:

1. Będziemy mieć 3 konta: jedno wspólne, do którego oboje mamy dostęp, oraz dwa osobne.

2. Przez co najmniej 3 miesiące śledzimy wydatki. Dzięki temu poznamy średnią kwotę, którą potrzebujemy na utrzymanie naszego standardu życia. Pozytywnym efektem tego procesu jest również wychwycenie kategorii, w których pieniądze rozchodzą nam się o wiele łatwiej, dzięki czemu jeśli uznamy, że trzeba, będziemy mogli podjąć stosowne działania.

3. Znając średnią wysokość kosztów stałych i zmiennych, będziemy w stanie określić nasz wkład do domowego budżetu, proporcjonalnie do naszych zarobków. Brzmi to zagmatwanie, ale sprawa jest prosta: jeśli – przykładowo – nasze całkowite miesięczne koszty wynoszą 2000 złotych, ja zarabiam 3000, a Kasia 2000, to mój wkład wyniesie 1200, a Kasi 800 złotych.

Wzór na obliczenie tych wartości jest banalny:

K = (koszty stałe + koszty zmienne) / (sumaryczne zarobki partnerów)

Wkład partnera = Zarobki * K

Dodatkowo, poszczególne wkłady można podwyższyć o 10%-15%, by zostawić sobie niewielki zapas w razie zaistnienia jednorazowo większych wydatków. Również, z racji tego, że kobiety na podobnych stanowiskach, co mężczyźni, zarabiają nieco mniej, mój wkład do wspólnej kasy może być nieco większy.

Ustalone w ten sposób środki przelewamy systematycznie na wspólne konto i dysponujemy nimi regulując zobowiązania oraz wydając „na życie”.

4. Z oszczędnościami robimy podobnie: ustalamy wspólnie odpowiedni poziom oszczędzania i systematycznie przelewamy porcję oszczędności na wspólne konto. Ta kwota jest przeznaczana na fundusz awaryjny, inwestycyjny, wydatki planowe lub droższe wspólne rozrywki typu wakacyjny wyjazd.

5. To, co zostanie na poszczególnych kontach, to pieniądze do swobodnej dyspozycji. Jeśli Kasia chce iść do fryzjera czy kupić sobie ciuchy i płaci za to z pieniędzy, które jej zostały – nic mi do tego. Jeżeli ja decyduję się odkładać na jakiś elektro-gadżet i kupuję go z moich „pozostałości” – również oczekuję tolerancji dla mojej decyzji. Jeżeli zdecydujemy, że chcemy wykorzystać część tych pieniędzy na jakiś wspólny cel, dogadujemy się na bieżąco. Pełna elastyczność, zero problemów.

6. Co jakiś czas, np. co kwartał, wracamy do punktu #2 i robimy rekalkulację naszych wkładów. Zachowanie w przypadku uzyskania dodatkowych pieniędzy, np. z jakiejś fuchy, trzynastki czy innego rodzaju premii, jest do dogadania.

Oczywiście system ten sprawdza się najlepiej, gdy sytuacja obu partnerów w związku jest względnie stabilna. W przypadku takich zdarzeń, jak ciąża, utrata pracy lub innych, trzeba adekwatnie dopasować reguły wspólnego finansowania domowej kiesy. Pamiętajmy, że związek to nie umowa biznesowa, ale wspólne życie dwójki ludzi. W wielu sytuacjach należy przede wszystkim być człowiekiem i dla wspólnego dobra zrezygnować z prywatnych interesów.

Jakie jest Twoje zdanie na temat takiego podejścia do pieniędzy w związku? Czy zgadzasz się z nim? A może masz własny, skuteczniejszy sposób na ogarnięcie tego tematu? Podzielisz się doświadczeniami płynącymi ze swojego związku? Koniecznie napisz swoje zdanie.

3 powody dla których warto kontrolować wydatki

Ci, którzy regularnie śledzą mojego bloga, wiedzą, że wrzesień był dla mnie miesiącem kontroli wydatków. Systematycznie zbierałem wszystkie paragony, notowałem je w arkuszu kalkulacyjnym i kombinowałem jak by tu sprawić, żeby proces z jednej strony wart był zachodu (po co robić coś, z czego nie ma pożytku?), a z drugiej nie był zbyt upierdliwy (po co się męczyć?).

Efektem moich działań jest prosty system kontroli wydatków, który chciałbym poddać pod dyskusję, ale zanim go przedstawię (w kolejnym wpisie), pozwól, że podzielę się z Tobą korzyściami, jakie osiągnąłem z tego bardzo pozytywnego doświadczenia.

Oto 3 powody, dla których uważam, że warto kontrolować wydatki:

  1. Zorientowałem się w sytuacji. Zapisywanie wydatków to doskonały sposób na ogarnięcie tego, gdzie i w jakich ilościach rozchodzą się pieniądze. Czasem aż dziw bierze, jak się mają do siebie poszczególne kategorie rozchodów.
  2. Zidentyfikowałem swoje największe wydatki. Pomijając stałe koszty, udało mi się określić na co wydaję najwięcej pieniędzy. Posiadając tylko tą informację jestem w stanie wygenerować znaczne oszczędności bez rozmieniania się na drobne.
  3. Określiłem szacunkowy dzienny i roczny koszt prowadzenia mojego stylu życia. Mając te dane, zwłaszcza z większej ilości miesięcy, mogę oszacować jak duży zapas gotówki będzie mi potrzebny na życie oraz ile potrzebuję pieniędzy na stworzenie odpowiedniej wysokości funduszu awaryjnego.

To tylko trzy powody, ale dla każdego, kto systematycznie oszczędza pieniądze, są to bardzo istotne informacje. Jestem tak zaskoczony własnymi wynikami, że postanowiłem kontynuować śledzenie wydatków oraz rozwijanie swojego „systemu” gromadzenia i analizowania informacji płynących z tych danych.

Gorąco zachęcam Cię do śledzenia wydatków – po prostu gdy człowiek widzi czarno na białym, że bezmyślnie przeimprezował pieniądze, za które mógłby za jakiś czas pojechać z ukochaną do Turcji czy Egiptu, zupełnie inaczej zaczyna patrzeć na swoje wydatki.

PS. Stałych Czytelników serdecznie przepraszam za zwłokę z tym wpisem. Zapinam obecnie jeden z moich projektów na ostatni guzik i przez to mam troszkę mniej czasu. Na sobotę jednak na pewno zdążę z wpisem, więc zapraszam ponownie na Oszczędzanie.
PS.2. Zgadnijcie czyje to paragony z fotki? ;-)