Obudź w sobie przedsiębiorcę

Po ostatnich zawirowaniach w ZUS-ie wiele osób pokusiło się o wyliczanie „nowych” emerytur dla osób które straciły najwięcej po restrukturyzacji owej instytucji. Wielu specjalistów alarmuje że sytuacja pokolenia które przejdzie w ciągu najbliższych lat na emeryturę będzie bardzo zła, a pokoleń kolejnych czyli np moja będzie wręcz tragiczna…

W tym momencie musimy zastanowić się co moglibyśmy zrobić aby zabezpieczyć swoja przyszłość? Przecież nie możemy pozwolić sobie na nie robienie niczego, o ile osoby w tym momencie starsze mogły wymawiać trzy najpopularniejsze słowa „jakoś to będzie” o tyle my nie mamy już takiej możliwości. Wszyscy musimy zdać sobie sprawę że nasz los leży w naszych rękach, i to tylko od nas zależy jak będzie wyglądać nasza przyszłość.

Oczywiście najpopularniejszym sposobem na zapewnienie sobie zabezpieczenia są nasze oszczędności, nie zaprzeczam i uważam wręcz że każdy powinien mieć swój fundusz awaryjny. Ja osobiście stosuję zasadę 10% zarobków odkładam na fundusz awaryjny, jednak moim zdaniem oszczędzanie to dopiero początek…

Prawdziwą receptą na kryzys jest obudzenie w sobie przedsiębiorcy! Kiedy rodzimy się nikt nie przypina nam etykiet bogaty/biedny to my sterujemy naszym życiem i choćby nie wiem jak narzekać na rząd, podatki, ZUS to wygląd naszego życia uzależniony jest tak naprawdę tylko od nas.

Mówiąc o tym aby obudzić w sobie przedsiębiorcę nie chodzi mi o to aby od razu brać wielkie kredyty, robić duże inwestycje, chodzi po prostu o zmianę stylu myślenia. XXI wiek jest dobą informacji, mamy dostęp do wszelakich sposobów zarabiania pieniędzy, do rozwijania swoich umiejętności czy też poszerzania wiedzy, musimy zacząć myśleć jak przedsiębiorca, nauczyć się nim być. Każdy mały krok przybliża nas do większych celów. Jeżeli oszczędzasz to nawet jeśli masz dopiero 2000 zł już zastanawiaj się co zrobisz z 50000 zł, które będziesz mieć za kilkanaście lat. Jeżeli masz jakieś hobby, to zastanów się jak mógłbyś na tym zarobić. Jeżeli są tematy, które Cię interesują, ale póki co przerastają, takie jak giełda, nieruchomości, marketing sieciowy, to zacznij już teraz pogłębiać wiedzę na ich temat po to, aby w przyszłości mogła ona zaprocentować. Zacznij szukać okazji, poszerzaj horyzonty zamień „nie dam rady” na „jak to zrobić?”.

Musimy, powtarzam: musimy robić coś ze swoim życiem. Jeżeli już coś robisz, gratuluję. Jeżeli nawet nie chcesz spróbować to nie ma co narzekać na innych czy też na instytucje państwowe. Po prostu jeżeli nie chcesz być na ich łasce, to weź swoje życie w swoje ręce i najlepiej zacznij już dzisiaj.

Każda porażka to nie krok w tył to po prostu kolejna lekcja…

Autorem tego wpisu jest Paweł Mąka, którego zainteresowania obracają się wokół edukacji finansowej oraz biznesu internetowego. Jak sam pisze o sobie, jest samoukiem, który do wszystkiego dochodzi ciężką pracą i determinacją. Jeśli spodobał Ci się ten wpis, koniecznie zajrzyj na blog Pawła!

Paweł jest jednym z nowych Autorów Oszczędzania, który będzie co jakiś czas publikował swoje treści tutaj. Jeśli, podobnie jak on, również chcesz publikować na Oszczędzaniu, zajrzyj tutaj. Korzyści jest sporo!

Samozatrudnienie okiem praktyka

Na Oszczędzaniu nie raz i nie dwa pojawiały się w komentarzach dyskusje o tym, czy lepiej pracować na swój własny rachunek, czy zatrudniać się na etacie. Zdania są podzielone: jedni wybierają etat ze względu na pewnego rodzaju bezpieczeństwo i stabilność, którą zapewnia; inni nie chcą pracować na kogoś za najniższą stawkę i wybierają samozatrudnienie.

Dzisiejszy wpis będzie właśnie o samozatrudnieniu, a konkretniej: jego wadach i zaletach. Autorem postu jest Piotr Sadowski, prowadzący m.in. serwis RevolWEB oraz znany w sieci pod pseudonimem Uranik. Piotr ma „za pasem” 12 lat praktycznego doświadczenia w pracy na własny rachunek, dlatego warto zapoznać się z tym, co ma do powiedzenia – zwłaszcza, gdy wahasz się, czy przejść na samozatrudnienie czy pozostać na etacie.

Czym jest samozatrudnienie? Jak podaje Wikipedia, samozatrudnienie to sytuacja, w której osoba fizyczna podejmuje działalność gospodarczą na własny rachunek i na własne ryzyko.

Oddaję głos Piotrowi…


Od 12 lat tworzę strony internetowe i projektuję grafikę, a od 3 lat prowadzę oficjalną firmę dla tej działalności. „Samozatrudniam się” jako grafik i webdeveloper, resztę zadań zlecam podwykonawcom. Firma jest moim głównym źródłem zarobków. Gdy tylko komuś opowiem, na czym polega moja praca – zaczynają się „ochy i achy” – jak to fajnie się ustawiłem, że mogę pracować gdziekolwiek i kiedykolwiek, że zarabiam ile chcę itd. Tymczasem taki model życia wcale nie musi być lepszy od typowego etatu.

Dlaczego?

Poniżej zestawiam krótko opisane zalety i wady mojego modelu życia. Polecam ich przeczytanie i przemyślenie każdemu, kto chce zacząć w ten sposób żyć i pracować.

Zacznę od zalet:

  1. Dowolność miejsca pracy – rzeczywiście, teoretycznie mogę pracować wszędzie tam, gdzie tylko jest Internet (nawet taki przez komórkę). W domu, u dziadków na działce, w pociągu itp.
  2. Dowolność czasu pracy – jeśli nie uwzględniać deadline’ów, pracuję kiedy chcę – wieczorem, w nocy, w weekendy, czy w święta… i nie pracuję, gdy nie chcę (np. poniedziałki są u mnie wolne – nie pracuję w ten dzień tygodnia).
  3. Codzienna dostępność bez limitów – to także i wada (szczegóły poniżej), ale niewątpliwie dużym atutem jest możliwość załatwienia dowolnej sprawy o dowolnej porze dnia, lub możliwość wyjechania na kilka dni nawet w środku tygodnia.
  4. Brak szefów. Jestem panem swojej pracy, nikt mi nie rozkazuje, nie wymaga, nie pogania. Świadomość, że pracuję tylko dla siebie jest dość fajna i mnie motywuje.
  5. Odliczanie podatku od firmowych materiałów, sprzętów i usług dla firmy. Osoba prowadząca działalność gospodarczą może od przychodów odliczać wszystkie wydatki, choćby pośrednio związane są z pracą. Dotyczy to PITu i VATu. Na pierwszy rzut oka nie widać tych oszczędności, ale chwila z kalkulatorem udowadnia, że są one spore.
  6. Możliwość szybkiego rozszerzenia działalności o dowolny biznes. Wymaga to szerokiego wpisu w indeksie PKD podczas zakładania firmy, ale jeśli ktoś już to zrobi – może w każdym momencie wystartować interes w niemal każdej branży która nagle okaże się przynosząca zyski.
  7. Codzienne „trenowanie” umysłu. Rozwiązywanie problemów organizacyjnych, śledzenie nowinek, rynku, branży, rynków finansowych i giełdy to niezłe ćwiczenia na twórcze myślenie. Kombinowanie, obliczanie, wymyślanie pomysłów – to kształci. Poza tym na pewno nie popadnę w marazm, jak niektórzy na bezmyślnym etacie.
  8. Możliwość „sprężenia się” i generowania jednorazowo dużej kwoty pieniędzy – w ”dobrym miesiącu” zarobki są proporcjonalne do ilości pracy, a ilość pracy jest prawie niczym nieograniczona. Mogę wtedy śmigać 20h na dobę przez trzy tygodnie i zarobić szybko naprawdę sporo.
  9. Firmę można sprzedać – to powinien być podpunkt do punktu 4. Dobrze wiedzieć, że firma i promowane przez nią marki a także produkty, mają swoją wartość. W sytuacji patowej całość, lub część – można spieniężyć (choć mam nadzieję że nigdy do tego nie dojdzie).
  10. Jestem z siebie dumny. Odpowiadając na pytanie o to czym się zajmuję – odczuwam dumę i samozadowolenie. Utrzymanie własnego biznesu wymaga rozwoju i wykorzystania wielu cech osobowości i charakteru które zawsze chciałem mieć. Bywa różnie, ale firma się trzyma – co udowadnia, że te cechy posiadam i kształcę. I właśnie to niesamowicie mnie motywuje i daje dużo energii.

Teraz wady (których wypisanie idzie mi, o dziwo, o wiele łatwiej):

  1. Uciążliwość „papierków”. Rozliczenia wewnętrzne, fakturowanie, księgowanie, rozliczenia z Urzędem Skarbowym, pilnowanie przelewów i płatności Klientów – to zadania nader uciążliwe, praco- i czasochłonne. Po roku samodzielnej męczarni, zatrudniłem księgową, z którą tak czy owak muszę się spotykać co miesiąc i oczywiście płacić. Co do opłat:
  2. Koszty – są duże. Najbardziej boli ZUS (około 850zł miesięcznie), do tego podatek PIT, podatek VAT, opłaty księgowe i inne. Razem od 1000 do 2000zł miesięcznie… i rośnie z miesiąca na miesiąc. Na to wszytko firma musi zarobić i jeszcze wypracować zysk. Co nas prowadzi do kolejnego punktu:
  3. Niejednorodne zyski. Czasem trafi się kilka dużych zleceń, czasem jedno małe w ciągu miesiąca. Przekładając na finanse: Firma może zarobić 10k w miesiąc, a potem przez 3 miesiące generować straty (często jest tak przez wakacje). Nidy nie wiesz ile tak naprawdę zarabiasz miesięcznie, zawsze musisz odkładać część kasy, by mieć na pokrycie słabsze miesiące w przyszłości.
  4. Brak dodatkowych świadczeń socjalnych i bonusów finansowych – etatowcy mają dodatkowe ubezpieczenia, wyjazdy, szkolenia, wakacje, posiłki, ochronę lekarską itp., a także bonusy finansowe typu „trzynastka”, premie, dodatkową kasę za przepracowane lata, i wiele innych… Ja nie mam nic z tych rzeczy, dopóki sam sobie nie zorganizuję. A wtedy płacę za to sam. Osoba „samozatrudniona” nie podlega także ochronie ustawowej prawa pracy. Konsekwencją tego jest brak płatnego urlopu i zasiłku chorobowego przez pierwszy miesiąc choroby.
  5. Pracuję tak naprawdę cały czas. Zasypiając myślę o projektach i planuję kolejny dzień pracy. Codziennie zbieram inspiracje, robię zdjęcia i szkice różnych prac, graffiti, fajnych reklam, ciekawych projektów itp. Oczywiście jest to moja pasja i fascynacja, ale to też męczy. I nie umiem się od tego uwolnić – moje życie obraca się wokół firmy, zleceń i projektów. Zazdroszczę tym, którzy od 8:00 do 15:00 pracują, a potem wracają do domu i mają wszystko w d. Na razie jeszcze tego nie czuję, ale jeśli w przyszłości nie nauczę się oddzielać spraw prywatnych od firmowych, moja przyszła rodzina będzie na tym cierpieć.
  6. Codzienna dostępność bez limitów (tak, to było także w zaletach) – wiedząc, że z pracy mogę się urwać o każdej porze, niektóre osoby (głównie z rodziny) próbują to świadomie lub nieświadomie wykorzystać, myśląc, że nic na tym nie tracę. Mogę przecież załatwić coś na poczcie, zrobić zakupy, odebrać komuś dziecko itp. – to tylko godzinka i nie muszę nikogo prosić o pozwolenie na wyjście… Odrobina asertywności wystarczy, aby odmówić wykonania większości takich przysług, jednak nie wszyscy i nie zawsze to rozumieją – i wychodzi na to że jestem niewdzięcznym zarozumialcem.
  7. Nie mam referencji. Prowadzenie własnej firmy przez X lat nie będzie dobrą referencją, gdybym kiedyś z jakichś powodów chciał przejść na etat. Lepiej wygląda w CV i w listach rekomendacyjnych kilka dużych firm. HR’owcy wiedzą także, że tacy byli przedsiębiorcy nie są przyzwyczajeni do zwierzchnictwa i reżimu, przez co mogą sprawiać kłopoty.
  8. Nie awansuję. W dużej firmie, pnąc się po drabince, w sprzyjających okolicznościach można dorwać posadę, w której robi się niewiele, a zarabia dużo. Ja mam nikłe szanse się tak ustawić, przynajmniej przez kilka/naście następnych lat.
  9. Odpowiedzialność. Jeśli coś sknocę, to ode mnie Klient będzie żądał naprawy/zadośćuczynienia, a nie od szefa czy zakładu pracy. A ja ryzykuję całym swoim majątkiem (a spółka z.o.o. wcale nie jest wystarczającym zabezpieczeniem, jak sądzą niektórzy).
  10. Motywacja, a właściwie jej brak. To największy problem. Okazuje się bowiem, że czasem szef by się przydał. Pogoniłby do roboty – zastraszył, zaszantażował lub nagrodził. Nikogo takiego nie ma i do pracy muszę się zmuszać sam. Bywa, że jest to baaaaaaaaaardzo trudne.

Większych lub mniejszych zalet lub wad jest o wiele więcej – wymieniłem tylko te, które wydają mi się najważniejsze i które „męczą” mnie najczęściej.

Nie lubię rozwlekać tematów, więc – szybko podsumowując: własny biznes to niełatwy, ale bardzo satysfakcjonujący kawałek chleba. Taki styl pracy odpowiada wielu osobom i jeśli czujesz że to coś dla Ciebie – zbierz odwagę i po prostu rozpocznij swój biznes. Jeśli jednak chcesz skutecznie separować od siebie życie prywatne i pracę – wybierz etat.


Jakie są Twoje przemyślenia po lekturze artykułu Piotra? Czy przekonał Cię do rzucenia etatu? A może utwierdził w tym, że lepiej się go trzymać? A może masz inne zdanie na niektóre podpunkty? Napisz komentarz.

Jak szybko spłacić długi? #3

W dwóch poprzednich artykułach prezentowałem kredytową kulę śniegową oraz przedstawiałem różne hierarchie spłaty długów. W dzisiejszym artykule opiszę sposoby na to, jak jeszcze bardziej przyczynić się do możliwie najszybszego pozbycia się kredytów.

Znasz to powiedzenie: w przyrodzie musi być równowaga? Tak jest też w przypadku długów. Jeżeli wcześniej wydawałeś pieniądze, których nie miałeś, teraz będziesz musiał nauczyć się wydawać znacznie mniej pieniędzy, które posiadasz… lub, biorąc się za problem od drugiej strony, będziesz musiał więcej pracować, starając się jednocześnie utrzymać wydatki na stałym poziomie.

Poniżej prezentuję kilka sugestii, które wykorzystane definitywnie przyczynią się do wygenerowania większej kuli śniegowej i – w konsekwencji – szybszej spłaty długów:

  1. Tnij koszty. Jeżeli co miesiąc wychodzisz na zero, to za szybko nie rozpędzisz swojej kuli śniegowej. Właśnie dlatego sugeruję śledzenie wydatków i po miesiącu zidentyfikowanie tych dziedzin, w których mógłbyś wydawać mniej. Nawet tak małe kwoty, jak 50-100 złotych na miesiąc, systematycznie pompowane w szybszą spłatę zadłużenia mogą znacznie przyspieszyć sprawę. Ewentualnie możesz przeskoczyć na minimalizm – oszczędności to tylko jedna z wielu zalet tej filozofii życiowej.
  2. Sprzedaj zbędne rzeczy. Jeżeli jeszcze nie wykonałeś tego kroku, koniecznie zrób w domu remanent i wystaw na Allegro lub zanieś na Dziad-Giełdę wszystko, z czego nie korzystałeś przez ostatnie pół roku lub co nie przedstawia już dla Ciebie wartości, a dla kogoś nadal może (np. przeczytane książki, obejrzane filmy). W zależności od prowadzonego trybu życia (czytaj: jak bardzo konsumpcyjnego) ten krok pozwoli Ci uskładać ekwiwalent raty-dwóch lub nawet pozwolić na całkowitą spłatę mniejszego kredytu.
  3. Poproś o podwyżkę. Czasy są ciężkie, więc tutaj każdy musi oszacować swoje szanse i sytuację w miejscu pracy, ale ten sposób jest jednym z najprostszych w  teorii, dzięki któremu bez wysiłku można zdobyć co miesiąc trochę dodatkowych funduszy. Ewentualnie możesz rozejrzeć się za lepiej płatnym zajęciem i zmienić miejsce zatrudnienia.
  4. Zdobądź dodatkowe źródło dochodu. Definitywnie warto rozważyć załapanie się na dodatkową fuchę popołudniami lub w weekendy i popracować kilka dodatkowych godzin, choćby tylko do czasu spłaty najmniejszego zadłużenia (wtedy kula ruszy).
  5. Zbuduj dodatkowe źródło dochodu. Opcja podobna, do powyższej, choć dająca więcej swobody. W szczegóły nie będę się wdawał, ponieważ mam zaplanowaną serię artykułów na ten temat, ale podam jeden prosty sposób: wystarczy założyć bloga o swoich zainteresowaniach, wrzucić reklamy, pisać regularnie, trochę go wypromować i w przeciągu kilku miesięcy można dzięki temu dorabiać od kilkudziesięciu do kilkuset złotych miesięcznie. Choć brzmi to prosto, bez pracy się nie obejdzie, ale z czasem efekty mogą przerosnąć oczekiwania. Ironią jest, że wiele zachodnich blogów o wychodzeniu z długów stało się na tyle popularnych, że potem zaczęły przynosić autorom solidne przychody, dzięki którym spłacili oni swoje kredyty o wiele szybciej.
  6. Oszczędzaj metodą słoikową. To jest akurat sposób dla ludzi, którzy nie mają szans na podwyżkę, ciągną już półtorej lub dwa etaty, a o blogowaniu nie mają zielonego pojęcia. Potrafiłem tak w ciągu semestru na studiach odłożyć od 250 do 300 złotych, wrzucając do słoika jedynie drobniaki (od złotówki włącznie w dół), więc uważam, że jest to jakaś rozsądna opcja. Zwłaszcza, gdy do akcji przyłączy się więcej osób (np. domowników).
  7. Skonsoliduj wszystkie zadłużenia. W dużym uproszczeniu konsolidacja zadłużenia to połączenie wszystkich swoich długów w jeden, korzystniej oprocentowany kredyt. Wiążą się z tym często różne kruczki i opłaty, a niektórych kredytów nie opłaca się (np. studenckiego) konsolidować, dlatego bez wdawania się w szczegóły osoby zainteresowane odsyłam do banków i zachęcam do skorzystania z pomocy wujka Google. Wspomnę tylko, że warto rozejrzeć się za takim kredytem, gdy mamy kilka podobnie oprocentowanych kredytów konsumpcyjnych czy długów na kartach kredytowych.

To tyle, jeżeli chodzi o praktyczne porady w przyspieszaniu spłaty kredytów. Gwoli podsumowania napiszę, że im więcej wymienionych tutaj punktów zastosujesz, tym większe prawdopodobieństwo szybszego uporania się z długami. Najtrudniejsze jednak będzie powstrzymanie się przed wydaniem wygenerowanych pieniędzy na przyjemności i bzdury, ale to już indywidualna sprawa każdego z nas.

Może masz jakieś własne pomysły na przyspieszenie spłaty długów? Napisz o nich poniżej, w komentarzach.

20 błędów popełnianych przez początkujących inwestorów

Na wstępie muszę powiedzieć, że żaden ze mnie profesjonalny inwestor. Fakt, zarobiłem kiedyś na funduszach inwestycyjnych ~9% w ciągu roku, a teraz mam wykupioną polisę lokacyjną, ale więcej o inwestowaniu czytam, niż praktykuję. Przez ostatnie dwa lata budowałem własny fundusz inwestycyjny i zdobywałem wiedzę, a teraz liczę, że wraz z wejściem na polski rynek etf’ów (tzw. exchange-traded funds), uda mi się te zasoby wykorzystać w praktyce i moja sytuacja, jako inwestora, ulegnie zmianie.

Czytając różne książki udało mi się skompilować listę błędów, jakie popełniają inwestorzy, zwłaszcza na początku ich drogi do poważniejszych pieniędzy, i właśnie tą wiedzą – w myśl zasady: lepiej uczyć się na cudzych błędach, niż na własnych – pragnę się nią z Wami dzisiaj podzielić.

20 błędów popełnianych przez początkujących inwestorów:

  1. Brak celu inwestycyjnego. Jeżeli go nie określimy, może nas to doprowadzić do błędnych decyzji inwestycyjnych, a nawet zbędnego ryzykowania naszymi pieniędzmi. Zatem: określ cel, a dowiesz się, z jakich najlepiej skorzystać instrumentów.
  2. Brak fundamentalnej wiedzy. Nie ma co zaczynać inwestowania bez podstawowych informacji o inwestowaniu w ogóle oraz o wybranym instrumencie finansowym. Najpierw trzeba odrobić pracę domową, a dopiero potem działać.
  3. Inwestowanie w coś, czego się nie rozumie. Punkt stanowiący doprecyzowanie poprzedniego: wiem, jak inwestować na giełdzie, ale zupełnie nie znam się na niuansach branży developerskiej – to nie wkładam w tą gałąź gospodarki pieniędzy, zanim się w niej nie zorientuję.
  4. Słuchanie „ekspertów”. Ne ma co opierać się na wypowiedziach „znawców”, bo nie dość, że nad wyraz często się mylą w swoich prognozach, to nigdy nie wiadomo, czy nie mają interesu w tym, żeby namawiać ludzi do takich czy innych działań. Trzeba zrozumieć rynek i samemu podejmować decyzje.
  5. Bazowanie na wynikach z lat ubiegłych. To, że dany walor pozwalał w ubiegłych latach zarobić tyle a tyle nie oznacza nigdy, że w przyszłości będzie tak samo. Wielu ludzi daje się na to nabrać – zwłaszcza zachęcanych reklamami – a to błąd.
  6. Nie zwracanie uwagi na opłaty, prowizje oraz podatki. Inwestowanie w wielu przypadkach nie byłoby możliwe, gdyby nie pośrednicy, a Ci zawsze będą chcieli na nas zarobić – bez względu na to, czy my zarobimy lub stracimy. Nie daj się wciągnąć w sytuację, w której pozorny zysk zostanie zjedzony przez prowizje i podatek od inwestycji
  7. Stawianie wszystkiego na jedną kartę. Dywersyfikacja to najprostszy sposób na rozłożenie ryzyka inwestycyjnego i należy z niego korzystać zarówno, dobierając poszczególne walory (np. różne akcje i fundusze), jak i budując swój portfel (np. akcje, fundusze, lokaty, złoto).
  8. Sprzedawanie „wygranych” i trzymanie „przegranych”. Są takie walory, których przedwczesna sprzedaż może pozbawić znakomitych zysków. Są również i takie, których nie warto trzymać przez dłuższy czas. Nie łatwo je rozpoznać, ale wykonując ruchy w portfelu trzeba na to zwracać uwagę.
  9. Spekulowanie. Benjamin Graham – autor Inteligentnego Inwestora, ojciec tzw. inwestowania w wartość i mentor Warrena Buffetta – odradza jakąkolwiek spekulację. Czy muszę pisać więcej?
  10. Kupowanie „na górce”, sprzedawanie „w dołku”. Akcje kupuje się wtedy, kiedy są tanie, a sprzedaje, gdy drożeją. Nigdy na odwrót.
  11. Brak koncentracji. Rozmywanie uwagi jednoczesnym uczestnictwem w wielu rodzajach inwestycji może negatywnie odbić się na osiągniętym ogólnym wyniku, dlatego lepiej skupić się tylko na kilku rodzajach, ale za to śledzić je dokładniej.
  12. Brak systematyczności i kontroli. Praktycznie nie ma inwestycji w stylu „zrób raz i zostaw, a samo się rozmnoży”. Trzeba systematycznie, co jakiś czas, sprawdzać co się dzieje na rynku i odpowiednio reagować. Systematyczność jest również istotna w przypadku inwestowania metodą uśredniania ceny nabycia.
  13. Brak funduszu awaryjnego. Rozpoczęcie inwestowania bez uprzedniego zapewnienia sobie odpowiedniej wielkości środków, stanowiących zabezpieczenie na wypadek, gdyby coś się stało w naszym życiu (np. utrata pracy), prędzej czy później zmusi nas do skorzystania z zainwestowanych pieniędzy, a to zazwyczaj wiąże się ze stratą (strata oprocentowania z lokaty, kary umowne, zamykanie inwestycji ze stratą itp.). Zatem: najpierw spłać długi (hipotekę pomijam, ale byłoby dobrze jej nie mieć) i zapewnij sobie pieniądze na czarną godzinę, a dopiero potem weź się za inwestowanie.
  14. Późne rozpoczęcie inwestowania. Najlepszy czas na rozpoczęcie inwestowania był wczoraj, więc najlepiej jak najszybciej się za to zabrać.
  15. Inwestowanie zgodnie z tłumem. Zasada głosi, że jeżeli gros inwestorów wykonuje jakiś ruch, to jest już za późno, żeby na takiej inwestycji skorzystać. Aby dobrze lokować pieniądze trzeba rozumieć zagadnienia związane z psychologią rynków finansowych i wykorzystywać je dla własnej przewagi, a nie bezmyślnie powielać ruchy innych inwestorów.
  16. Inwestowanie wszystkich środków na raz. Błędem jest inwestowanie wszystkich pieniędzy od razu, ponieważ nigdy nie wiadomo, czy po drodze nie przytrafi się nam jakaś okazja inwestycyjna. Brak wolnych środków finansowych nie pozwoli nam z niej skorzystać, dlatego zawsze warto mieć zapas gotówki na taką ewentualność.
  17. Czekanie na „idealny moment” na zakup lub sprzedaż walorów. Nie ma czegoś takiego! Tzn. może i jest, ale nie ma takiej metody, żeby go zawsze perfekcyjnie wychwycić. A skoro nie ma go jak wydedukować, to nie ma co się łudzić i łasić na potencjalne zyski między najniższym dołkiem a najwyższą górką.
  18. Inwestowanie za pożyczone pieniądze. Większość książek, jakie przeczytałem, sugeruje, aby przed zainwestowaniem nie swoich pieniędzy zastanowić się dwa razy, a potem jeszcze jeden raz. Utrata środków w tym wypadku jest często równoznaczna z wpakowaniem się w długi i wyłączeniem z poważnego inwestowania do czasu ich spłaty.
  19. Inwestowanie pieniędzmi, których nie możemy stracić. Wprawdzie jest to spin-off poprzedniej porady, ale – jak mawia Warren Buffett – zasada numer jeden brzmi: nie trać pieniędzy (ang. don’t loose money), a zasada numer dwa odsyła nas do pierwszej. Zrozumiałe, że nie dopuszczalne zatem jest tracenie pieniędzy, których nie można stracić.
  20. Traktowanie inwestowania jak zabawę. Tak to już jest, że ludzie chętniej zajmują się czymś, co sprawia im przyjemność, dlatego postaraj się aby inwestowanie właśnie takie było dla Ciebie, ale nigdy nie traktuj inwestowania jak zabawy, bo możesz na takiej rozrywce dużo stracić. Lepiej iść do kasyna czy wysłać totka.

Ufff… nazbierało się tych zasad, prawda? Jestem jednak przekonany, że temat nie został wyczerpany, dlatego jeżeli po lekturze tej obszernej listy masz jeszcze jakieś dodatkowe rady lub wnioski płynące z własnych doświadczeń, to gorąco zachęcam Cię do podzielenia się nimi w komentarzu.