Polacy za granicą #1

Oto obiecany wpis o Polakach za granicą – a konkretnie, o naszych doświadczeniach zarówno z Polakami, jak i z ludźmi, którzy mieli z nimi do czynienia wcześniej i potem na tej podstawie oceniali nas. Autorką tekstu jest Kasia.

Oto obiecany wpis o Polakach za granicą – a konkretnie, o naszych doświadczeniach zarówno z Polakami, jak i z ludźmi, którzy mieli z nimi do czynienia wcześniej i potem na tej podstawie oceniali nas. Autorką tekstu jest Kasia.

Polacy za granicą – to temat niesamowicie szeroki i złożony. Na podstawie swoich doświadczeń w obcowaniu z rodakami, które zdobyłam podczas pobytu w Grecji, Holandii i Anglii, postaram się Wam przybliżyć kilka ciekawych spostrzeżeń, wniosków i obserwacji na ten temat. Na początku uczciwie ostrzegam, że artykuł ten, niestety, będzie w większej części opisem negatywnych zachowań i próbą zwrócenia uwagi na to, że coś niepokojącego i kompletnie niewłaściwego dzieje się z Polakami poza granicami kraju. Bazując na tym doświadczeniu, przykuł moją uwagę jeden główny wniosek: Polacy wraz z z falą wyjazdów za granicę za pracą, tracą szacunek do siebie, są w stanie pracować w każdych warunkach, a wartości kulturalne czy nawet te najbardziej elementarne-humanitarne tracą nagle na znaczeniu… W Grecji np. były dziewczyny, które za 24 euro na dzień (stawka na 2007 rok i z tego, co się orientowałam, jest to kwota aktualna do dziś – wystarczy zerknąć na oferty pracy w Grecji, czyli jakieś 500-700 euro na miesiąc, przy czym nie ma dnia wolnego, wiec dniówkę nie trudno sobie obliczyć) potrafiły pracować w tawernie poświęcając cały swój czas w ciągu dnia – zaczynały prace o 9, a kończyły wraz z zamknięciem knajpy, czyli średnio około pierwszej w nocy… przeliczając te stawki na polskie realia – ich zarobki nie były wyższe od tego, co mogłyby zarobić w Polsce. W innej tawernie, 50-letniej kobiecie, pracującej po 13 godzin tak bardzo zależało na pracy, że nie chciała pojechać ze swoim pracodawcą, proponującym jej pomoc, do szpitala, gdy miała poważne bóle reki. Jako powód podała lęk przed reakcją przełożonego i przewidywaną u niego złość w związku z tą niedyspozycją. Za granicą Polak bardzo się boi reakcji przełożonego na ewentualne problemy w pracy, choroby, wolniejsze tempo pracy itd. Zupełnie inaczej jest w Polsce, gdzie jest on u siebie i z zaciętością lwicy troszczącej się o młode, potrafi walczyć o przysługujące mu prawa. Jest zdeterminowany i zdecydowany, a przede wszystkim nie pozwala się wykorzystywać i traktować poniżej godziwego poziomu. Kraje śródziemnomorskie nie oferują zbyt dużych zarobków. Owszem, są one wyższe od tego, co można zarobić w Polsce, jednak i poświęcenie bywa tam większe, jako że często nie ma ani jednego dnia wolnego.

W Holandii z kolei pracowaliśmy w wielkim magazynie przy realizowaniu zamówień. Pracowali tam przedstawiciele rożnych narodowości; byli Murzyni z Ameryki Południowej, Turcy, jednak największą grupę stanowili Polacy, których zupełnie inaczej traktowano, ponieważ tylko my mieliśmy precyzyjnie ustalone “normy”, czyli czas i wymagania, którym w danym czasie należało sprostać. Normy te były wypadkową oczekiwań pracodawcy i efektów, które osiągali Polacy i w związku z tą druga wytyczną, rok wcześniej zostały one podniesione… na własne życzenie Polaków, którzy udowodnili, że w tym samym czasie mogą wykonać większą prace, a to z kolei prowadziło do tego, że rozpoczynający pracę nowy pracownik miał nie lada wyzwanie przed sobą, któremu trudno było sprostać i stąd bardzo wysoka rotacja pracownicza. Trudno było w tamtym miejscu mówić o równości miedzy pracownikami, ponieważ za te same pieniądze Turek, posiadający holenderskie obywatelstwo, miał również do czynienia z normami, ale zupełnie innego, mniej wymagającego rzędu. Nieraz spotykając się z nimi podczas pracy, byłam zdziwiona, że on się nie spieszy i nie zależy mu na normach. Przy jego tempie pracy, mógł sobie pozwolić na swobodna rozmowę z innymi i w razie potrzeby mógł pomoc innemu pracownikowi, gdyby zaszła taka potrzeba. Kolejnym nieciekawym elementem tej pracy były ciągłe rozmowy o normach, kto ile wyrobił danego dnia, czy nawet dochodziło do rywalizacji miedzy ludźmi. W praktyce praca ta wymagała nieustannego spinania się i pospiechu, ponieważ każda minuta musiała zostać wyrobiona. Na samym początku została uaktywniona propaganda zgodnie z którą straszono pracowników zagrożeniem związanym ze zbliżającymi się nieuchronnymi zwolnieniami. Uczestniczyli w tym sami pracownicy, podając sobie kolejne wyssane z palca pogłoski, stąd tez dbałość o wyrabianie norm przybierała niejednokrotnie groteskową postać. To z kolei prowadzi do wniosku, że za pracując tymczasowo za granicą można, jasne, sporo zarobić, ale nierozerwalnie wiąże się to z zupełnie innym wysiłkiem, traktowaniem, stresem, niż ma to miejsce w Polsce. Za granicą w takiej pracy Polak staje się tanią siłą roboczą, która potrafi bardzo szybko pracować i bez szemrania zrobi wszystko, co mu sie powie/wskaże.

Wydaje mi się, że taki stan rzeczy wynika z tego, że całkiem sporej grupie rodaków odbija z powodu kasy, którą mogą zarobić, a którą trudno by im było zdobyć w Polsce i przez to właśnie ich godność osobista i szacunek schodzą dla nich na bardzo daleki plan i tracą na znaczeniu. Spośród osób, które spotkałam na swojej drodze, tylko kilka ukończyło studia, co w pewnym sensie możne tłumaczyć taki brak humanistycznej ogłady w stosunku do traktowania siebie jako podmiotu, a nie przedmiotu w relacji: zagraniczny (zachodnioeuropejski – uściślając) pracodawca – wschodnioeuropejski pracownik (tania siła robocza – również uściślając). Myślałam nad tym wielokrotnie, a wnioski zawsze były takie same – że to pieniądz zawrócił tym ludziom w głowie i zrobił w ich głowach iście meksykański huragan. Widziałam, jak upadają rodziny, gdy rodzice wyjeżdżają zarabiać na kolejne remonty, a w domu z dziadkami czekają na ich powrót malutkie dzieci. Widziałam, jak rozpadają się związki (krótsze, dłuższe – nieistotne), gdy wyjeżdżała jedna osoba i “potrzebę bliskości” realizowała z druga osobą będącą w podobnej sytuacji – w obcym kraju, bez bliskich… albo, jak wyjeżdżają pary i zaczynają kłócić się o pieniądze, albo jak ludzie potrafią odmówić sobie wszystkiego, jak pozwalają, by ich życie ograniczało się jedynie do pracy, powrotu do domu i zrobienia zakupów. Gdy pracowaliśmy w Holandii, to duża część Polaków spędzała swoje wolne dni właśnie odsypiając lub jeżdżąc na zakupy i spędzając cały dzień w hipermarketach. My na tym tle byliśmy postrzegani jak kolorowe małpy, które robią coś innego – dziwnego: jadą coś zobaczyć, zwiedzić, doświadczyć, poobcować z kulturą. Apogeum tego typu absurdów było pytanie jednej kobiety dotyczące celu tego typu wypraw; co mianowicie mamy na przykład z tego, że byliśmy w jakimś muzeum? Gdyż ona była w sklepie i ma kilka bluzek z wyprzedaży a czy my coś mamy – dosłownie „mamy” w rozumieniu: posiadamy, trzymamy w garści… yghm… pozwólcie, że to pytanie pozostawię bez odpowiedzi…

Więc, jak sami widzicie, bywa różnie… Kiedy jeździmy w różne miejsca, zależy nam, żeby jak najwięcej zobaczyć, doświadczyć, bo wtedy czujemy, że tętni w nas pełnia życia, która wypełnia nam nozdrza. Jednak, gdy obcujemy z ludźmi o tak wąskich i ograniczonych poglądach, kiedy w pracy pracodawca przykłada do nas miarkę taniej siły roboczej, bo inni Polacy się wcześniej wykazali, udowodnili, pokazali, że po prostu można “nas” tak traktować, to wtedy decydujemy się zmienić metody zdobywania kasy na te wyjazdy.

Na koniec jeszcze kilka uwag odnośnie realiów pracy w Anglii. Tam, z kolei, trafiliśmy do oddziału KFC i też masa absurdów, np. to, że jeśli pracownik nie zmieścił się ze sprzątaniem w czasie wpisanym na grafiku, to nie dostawał za to pieniędzy. Na początku po prostu nie ma szans, aby zmieścić się w czasie, szczególnie, że szef miał niesamowite wymagania co do czystości kuchni, więc nowicjusze zostawali po średnio 2 godziny sprzątając charytatywnie. Ten proceder miał miejsce od początku istnienia tego oddziału KFC, wiec każdy pracownik doświadczał tego przez minimum kilka tygodni. Gdy sama znalazłam się w takim położeniu, na początku nie dowierzałam i poszłam zapytać o szczegóły tej dziwnej sytuacji, po czym okazało się, że po pierwszych 2 dniach, gdy byłam szkolona, powinnam już następnego dnia samodzielnie zamykać kuchnie i wyrabiać się o czasie! Sic! Na nic zdały się tłumaczenia. Rozmowa ta wyglądała, jak próba udowodnienia, ze czarne tak naprawdę jest białe, a jeśli nie jest, to… hmmm… powinno być! Do paranoicznych sytuacji dochodziło również wtedy, gdy czegoś brakowało lub się zniszczyło, np. ściereczki, otwieracz do puszek, mop do mycia podłogi itp. W tej sytuacji często można było napotkać niezgodę na wydanie brakującej czy zniszczonej rzeczy. Doprowadzające do frustracji były również procedury i reguły obowiązujące podczas wykonywania pewnych czynności w KFC. Znakomita większość prac była opatrzona dokładnymi instrukcjami, które same w sobie były całkiem rozsądne i uzasadnione, ale stosowanie się do nich w praktyce, zwłaszcza podczas fazy zwanej “busy”, należało jedynie do sfery pobożnych życzeń lub wysoce abstrakcyjnych wynurzeń. Nie można zrobić czegoś szybko, tanio i dobrze. Te i wiele innych absurdów towarzyszyło nam jak przekleństwo podczas pracy w Grecji, Holandii i Anglii. Na początku naszej wyprawy byliśmy przekonani, że do domu wrócimy dopiero po 9-ciu miesiącach, a cała przygoda zajmie nam jakieś 2 lata. Ostatecznie stało się jednak inaczej i zajęcie wykonywane w Wielkiej Brytanii okazało się być ostatnim z kategorii “tymczasowa praca za granicą”. Postanowiliśmy nie parać się więcej tego typu zarabianiem pieniędzy nawet za cenę cudownych wyjazdów i zwiedzania interesujących nas miejsc. Nie są one warte aż takiego wysiłku i poświęcenia. Co z tego, że można zarobić całkiem duże pieniądze, skoro mentalnie się dusimy i stoimy w miejscu? Do tego dochodzi złość i frustracja z powodu niemocy dogadania się co do warunków pracy z pracodawcą, który twardo obstaje przy swoim, znając Polaków bez problemu wykonujących dla niego każdą prace. To było szalenie ciekawe przeżycie, móc zetknąć się osobiście z innymi kulturami, obyczajami, tradycjami, zwiedzić wiele, wiele wspaniałych, interesujących miejsc. Zdecydowaliśmy jednak, że w następną podroż wyruszymy już za pieniądze zupełnie inaczej zdobyte, ale o tym to już Paweł zapewne dopisze ciąg dalszy!

Przy okazji tego tekstu chciałam pozdrowić tych, którzy będą go czytali i tym samym zaprosić do dyskusji, pytań oraz wymiany doświadczeniami dotyczących pobytu za granica :-)

Praca, zarobki i oszczędzanie w Holandii

W poprzednim poście odkryłem karty i przyznałem się do tego, że aktualnie przebywam w Holandii. Dokładnie dziś mijają dwa miesiące od przyjazdu, więc z tej okazji chciałem podzielić się z Wami doświadczeniami zdobytymi w tym wyluzowanym, pozbawionym większości spotykanych w Polsce ograniczeń i wolnym od uprzedzeń kraju. Być może wspólnie – razem z Czytelnikami, którzy również spędzili tutaj trochę czasu – uda się nam zbudować małe kompendium wiedzy pt. Jak przetrwać w Holandii?

Praca w Holandii

Jeżeli wcześniej nie pracowałeś w Holandii, to samodzielne zorganizowanie sobie pracy może być na początku nieco trudne. Regułą kciuka jest to, że aby dostać legalną pracę w Holandii, należy posiadać:

  • tzw. SOFI numer – odpowiednik naszego NIP’u, wyrabiany w holenderskich urzędach skarbowych. Wyrabia się go totalnie bez problemu, za darmo, a cały proces trwa maksymalnie 3 godziny (pod warunkiem uprzedniego umówienia się na wyrobienie numeru) i wymaga podstawowej znajomości języka angielskiego, aby poprawnie wypełnić formularz.
  • zaświadczenia o miejscu zamieszkania – bez tego można o legalnej pracy tylko pomarzyć. Wprawdzie niektórzy pracodawcy mogą poczekać trochę czasu, w którym załatwimy formalności, ale wtedy i tak będziemy musieli zaświadczyć nasz pobyt okazaniem umowy najmu.
  • konto w holenderskim banku – nie jest to może aż tak bardzo istotna sprawa, ale do ręki pieniędzy za legalną pracę się raczej nie dostanie (chyba, że zaliczkę). Osobiście polecam założenie konta w banku ABN AMRO – niskie opłaty (tylko 8.50 eur/kwartał), błyskawiczne założenie, brak dyskryminacji Polaków (czego niektórzy znajomi doświadczyli np. w Postbanku), dostęp przez Internet, karta płatnicza w przesyłana na adres zameldowania w 5 dni roboczych oraz gratisowy token do robienia przelewów.
  • holenderski numer telefoniczny – podobnie, jak z kontem bankowym, sprawa może i nie jest aż tak pilna, niemniej jednak zdrowy rozsądek podpowiada, że warto zapewnić ewentualnemu pracodawcy możliwie najwygodniejszy dostęp do siebie. Konkrety podaję nieco niżej.

Zarobki w Holandii

A konkretniej moje zarobki ;-) Największe doświadczenie w tej materii zdobywam pracując jako orderpicker w jednym z centrów dystrybucyjnych. Pracuję fizycznie, w systemie trzyzmianowym, 8 godzin dziennie, 5 dni w tygodniu. Do pracy muszę dojechać około 40 km w jedną stronę (jedyny koszt: mój czas wolny). Mam gwarantowaną wolną niedzielę i co najmniej jeden, ustalony na grafiku, dzień tygodnia. Realia są takie, że czasem pracuje się trzy (rzadko), a czasem 5 dni (norma) – wszystko zależy od tego, jakie jest w danej chwili zapotrzebowanie na towar w sklepach zaopatrzanych przez centrum.

Autor: Bianca de Blok

Wypłaty są co środę przelewane na moje holenderskie konto. Tydzień pracy powiększa jego stan średnio o 220 euro netto, czyli ok. 850 złotych (przeliczone po zaniżonym kursie 3.86 pln/eur). Kwota ta jest już pomniejszana o koszty mieszkania w domkach bungalow (dość wysokie jak na takie warunki, 60 eur/tydz.) oraz ubezpieczenie (standard, ok. 15 eur/tydz.), więc mając te pieniądze nie muszę martwić się od dach nad głową.

Dla Polaka, pracującego w Holandii, jest to dość typowe wynagrodzenie za pracę fizyczną, zdobytą za pośrednictwem biura pracy. Jeżeli udałoby się zdobyć ją samemu, a jest to dość trudne i często wymaga uprzedniego pokazania się pracodawcy jako dobry pracownik pozyskany z biura, wynagrodzenie wzrasta do ok. 12-15 euro netto na godzinę, w zależności od wykonywanej pracy.

Podatki od wynagrodzenia są w Holandii dość dziwne. Konkretnie: im więcej zarobisz, tym większy od tego zapłacisz podatek. Często dochodzi do sytuacji, w których po prostu nie opłaca się pracować tylko z tego powodu, że podatek zeżre nieraz połowę stawki za nadgodzinę. Przykładowo, pracując pięć dni w tygodniu zarobię 220 euro netto, natomiast sześć – 244 euro netto (przykład nieco zaokrąglony). Naturalnie, rozliczając się z podatku całość lub część tej kwoty, w zależności od dochodów, zostanie zwrócona, ale w Holandii na zwrot podatku urzędy mają rok – gdy rozliczymy się w terminie – lub trzy lata, w przypadku spóźnienia.

Muszę też wspomnieć o pewnym fakcie, który czyni pracę w kraju wiatraków mało opłacalną dla osób mających mniej niż 23 lata – stawka wiekowa. Im pracownik młodszy, tym mniej zarabia. Dochodzi do tego, że znajomi z pracy za wykonywanie tych samych czynności, co ja, mają wypłaty mniejsze aż o 50-70 euro. Uważam, że jest to trochę krzywdzące, stąd odradzam takim osobom legalną pracę w Holandii.

Oszczędzanie w Holandii

Człowiek do komfortowego życia potrzebuje trzech rzeczy: czterech kątów (najlepiej ogrzewanych), jedzenia i stałego dostępu do Internetu ;-)

Jeżeli chodzi o mieszkania, to koszty – w zależności od lokacji i metrażu – plasują się na poziomie od 350 euro w górę. Najlepszą opcją jest rozejrzenie się za okazjami, których w Holandii nie brakuje. Pewnym problemem jest na pewno fakt, że Holendrzy z reguły wymagają wpłacenia kaucji zwrotnej za wynajem, często stanowiącą ekwiwalent dwu- lub nawet trzymiesięcznego czynszu. Wtedy z naszych 350-ciu euro robi się nagle 1050 na samym starcie, więc trzeba być na to przygotowanym.

Niewątpliwymi zaletami mieszkania wynajętego przez grupę znajomych są: niższe koszty życia na osobę, spokój psychiczny oraz mniejsza odległość od miejsca pracy. Łatwiej jest też się zrzucić na kaucję.

Przykładowo, za pokój 12 m2 w domku bungalow, płacimy z Kasią tygodniowo 60 euro od osoby (120 euro/tydzień, 480 euro/miesiąc). Gdybyśmy sami wynajęli wspomniane nieco wyżej mieszkanie, koszt na osobę spadłby do 43.75 euro/osobotydzień, czyli w kieszeni zostaje 16.25 euro tygodniowo (845 euro rocznie! za osobę! czyli 3.5 tygodnia pracy!). Już nie wspomnę o tym, że nie muszę dzielić mieszkania z dodatkowymi czterema osobami, stać w kolejce do kuchenki, tolerować niepomytych naczyń i hałasów osób wracających ze zmian innych, niż nasze. Gdybyśmy jechali ze sprawdzonymi znajomymi, nasze koszta mogłyby być jeszcze mniejsze!

Zatem, jeżeli planujesz wyjazd do Holandii na dłużej, sugeruję Ci zorganizowanie własnego mieszkania lub chociaż pokoju.

Autor: Michel Meynsbrughen

Znajomi wspominali też o tzw. squatach, czyli adaptowanych do mieszkania pustostanach. Niektóre z nich zdarzają się być nawet nieco bardziej zorganizowane, np. jest grupa ludzi zarządzających, a od lokatorów pobiera się nie wielkie opłaty na zapewnienie elektryczności, ogrzewania i ciepłej wody, ale na dłuższą metę raczej odradzam tę formę mieszkania, bo czasem na squatach dzieją się różne rzeczy (o bezpieczeństwie naszych dóbr już nawet nie wspomnę).

A teraz papu :-) Otóż okazuje się, że jedzenie w Holandii jest… tanie. Średnio z Kasią wydajemy tygodniowo ok. 60 euro na jedzenie i alkohole, co pozwala nam na naprawdę fajne odżywianie się (normalne obiady, mięso 3-4 razy w tygodniu, okazyjnie fastfood, przekąski oraz procenty). Nasz rekord to wydatek zaledwie 33 euro na tydzień (ekwiwalent pracy 5 godzin pracy jednej osoby), przy czym pracowaliśmy na drugiej zmianie, za co przysługują nam dotowane obiady na firmowej stołówce.

O ile nie będę tutaj podawał cen chleba czy innych podstawowych produktów spożywczych, to chciałbym wspomnieć o sklepach, w których można się w nie zaopatrzyć. Zasada w Holandii, a podejrzewam, że nie tylko tu, jest taka, że im mniej wizualnie wypasiony supermarket, tym niższe ceny. Właśnie dlatego zamiast zaopatrzać się w Albert Heijnie (najdroższy) czy C-1000 (nieco tańszy), nasze zakupy robimy w pobliskim Aldiku czy oddalonym o ok. 6 km Lidlu. Dbają tutaj o klienta, więc zieleninka i mięsiwo są świeże. Ceny również wahają się w zależności od miasta. W Amsterdamie będzie nieco drożej niż w Ede, ale ta obserwacja to w zasadzie tylko common sense. Warto również pamiętać o kaucji za… butelki plastikowe. Dla mnie to była totalna nowość, gdy za każdą butelkę wody mineralnej dodano mi do rachunku kaucję w wysokości 0.25 euro!

Muszę przyznać, że chemia i kosmetyki też są dość tanie. Konkretów nie podam, ale kupowaliśmy tutaj zarówno środki czystości jak i wodę po goleniu, żele pod prysznic, balsamy i nie byliśmy negatywnie zaskoczeni cenami. Za to ubrania są dość drogie. Standardowa cena za dobrej jakości jeansy to 40 euro (w Batavia Stadt nawet 50 euro) – za te pieniądze w Polsce mam trzy pary średnich i dwie całkiem dobrych spodni. Naturalnie, można poszukać i natrafić na różne okazje, second handy, flomarkety czy snuffle, więc nie jest aż tak źle.

Jeżeli zaś chodzi o Internet, to w Holandii sprawa jest banalnie prosta. O ile nie udaje nam się skorzystać z dostępnego sygnału WiFi (a pełno jest go wszędzie, zwłaszcza w miastach – Holendrzy wydają się dość liberalni, jeżeli chodzi o zabezpieczanie swoich sieci domowych, a rożne instytucje – np. księgarnie – robią to z premedytacją), to za 30 euro – zakładając, że mamy telefon z technologią EDGE, UMTS lub HSDPA lub modem gsm – możemy zainstalować sobie szybki Internet na okres dwóch miesięcy. W tym celu wystarczy jedynie:

  • zakupić starter Vodafone (ok. 10 euro),
  • załadować go kuponem (min. 20 euro),
  • wysłać sms na numer 4000 o treści „ZORGELOOS INTERNET AAN” (koszt esa to niecałe 10 euro),
  • skonfigurować telefon lub modem,
  • i cieszyć się nielimitowamym dostępem do sieci przez miesiąc :-)

Rozmowy telefoniczne do Polski też nie są zbyt drogie. Posiadacze dostępu do sieci mogą dzwonić za grosze przez Skype, natomiast przyzwyczajeni do słuchawki mogą skorzystać z oferty jednej z wielu sieci oferujących tanie rozmowy międzynarodowe. Osobiście stosuję, a co za tym idzie polecam, sieć Lebara Mobile. Technicznie koszt minuty rozmowy do Polski na numer stacjonarny wynosi 0.09 euro, ale biorąc pod uwagę fakt, że doładowując konto za 10 euro jego stan powiększa się o 20 euro (u innych operatorów o 15 euro), koszt minuty spada do niziutkich 0.045 euro (4.5 eurocenta/minuta).

Podsumowanie

Oszczędzanie w Holandii nie jest praktycznie wcale trudne. Z 220-tu euro, jakimi dysponuję co tydzień, automatycznie – zgodnie z zasadą najpierw płać sobie – odkładam 20%, czyli 44 euro. Zostawia mnie to ze 176-cioma eurusami w kieszeni na życie, z których maksymalnie wydaję 60 na jedzenie i knajpy (wszystko zależy od zmiany, na którą pracuję). Suma summarum mam leżące luzem na koncie 116 euro tygodniowo, które przeznaczę na wydatki związane zarówno ze zwiedzaniem Holandii, jak i z wyjazdem oraz aklimatyzacją w nowym miejscu.

Gdyby nie moje plany wyjazdowe, uważam, że robiąc to, czym aktualnie się zajmuję i przy lekkim dziadowaniu (zdrowe jedzenie, mniej alkoholu i bez zwiedzania), byłbym w stanie odłożyć około 180 euro tygodniowo, czyli prawie 700 złotych (po kursie 3.86 pln/eur), 3100 złotych miesięcznie. Wydaje mi się to całkiem fajną kwotą, choć mam świadomość tego, że gdyby bardziej wgryźć się w dostępny dla przeciętnego Polaka  pracującego w Holandii potencjał, kwoty te mogłyby być nieco wyższe.

W zasadzie to wszystko, co przyszło mi do głowy z dziedziny praktycznego podejścia do pracy, zarobków i oszczędzania pieniędzy w Holandii. Jestem jednak przekonany, że tego tematu nie da się tak łatwo wyczerpać, dlatego jeżeli chciałbyś dowiedzieć się czegoś na jakiś inny temat związany z pobytem w kraju wiatraków, zostaw komentarz :-)