Czy w Polsce można być bogatym?

Autorem dzisiejszego wpisu jest p. Andrzej Mańka – producent i reżyser filmowy, filmoznawca i medioznawca. Absolwent Uniwersytetu Jagiellońskiego, autor pierwszej w Polsce pracy magisterskiej o filmie i mediach reklamowych (1994). Był m.in. autorem programów i dziennikarzem w TVP Lublin i TVP Kraków, producentem i kierownikiem produkcji w TVN, dyrektorem marketingu w Gutek Film, szefem marketingu w Best MP Agency, dyrektorem PR w e-Profitsystem. Jest autorem i producentem 70 filmów reklamowych, reportaży i dokumentów oraz programów TV. Autor kilkudziesięciu publikacji o filmie, mediach, reklamie i Internecie. Przygotowuje książki o Public Relations i poradnik o edukacji finansowej. Jest właścicielem 5 O’CLOCK Multimedia Agency.

Jeżeli podróżujesz trochę po świecie i jeżeli przywiązujesz większą wagę do ludzi, których spotykasz, a nie do miejsc prawdopodobnie dostrzegłeś, że są takie nacje, które mają szczególne predyspozycje do przedsiębiorczości i kumulowania majątku. Są też i takie, które nie umieją – lub po prostu nie chcą – wydostać się z zaklętego kręgu biedy. Przynajmniej tak mogłoby się wydawać. Ale czy tak jest?

Co więcej, nawet w Polsce istnieją spore różnice w poziomie życia i mentalności ludzi żyjących w różnych regionach kraju.

Istnieje wiele teorii i koncepcji, które usiłują rozpoznać te okoliczności, które decydują o zamożności jednych i ubóstwie innych. Jedną z nich jest dzieło Maxa Webera („Etyka protestancka a duch kapitalizmu”), który starał się dowieść, że o bogactwie decyduje religijna aura, w jakiej kształtują się społeczności. W krajach protestanckich panował etos pracy i panowały idealne warunki do nowoczesnego kapitalizmu, który zbudował potęgę gospodarczą i finansową tzw. krajów północy. Wedle tej samej teorii w krajach katolickich cnotą zawsze było ubóstwo, zaś bogactwo budziło wątpliwości natury moralnej. I tak oto do masowej świadomości przeniknął żywy do dzisiaj podział na bogatą Północ i biedne Południe.

Weber bardzo uprościł sprawę bogactwa i ubóstwa wypływających z ideologii religijnej i zdaje się świadomie pominął kilka niewygodnych, bo nie przystających do jego teorii faktów. To kraje północnej, bardzo katolickiej Italii są kolebką kapitalizmu i finansów w Europie, a nie protestanckie Królestwo Niderlandów. Katolicka Francja jest o wiele większą potęgą niż kilka krajów protestanckich razem wziętych.

Tak więc kwestie religijne mogą nam wiele wyjaśnić, ale nigdy nie rozstrzygną kwestii pochodzenia bogactwa i biedy.

Wielu z nas z pewnością uważa, że Żydzi są szczególną nacją, wręcz predestynowaną do kumulowania majątku i robienia intratnych interesów. Rzeczywiście dużo w tym prawdy. Prawdopodobnie z uwagi na szczególną historię Żydów, zaś z drugiej strony ich przeświadczenie o szczególnej roli w dziejach wpłynęło na imponujące, a niekiedy wręcz niewiarygodne osiągnięcia przedsiębiorców pochodzenia żydowskiego – także naukowców, czy myślicieli. Jednak trudno przecież nie dostrzec w rozmaitych diasporach żydowskich na przestrzeni wieków także ogromnych rzesz biedoty. Również względnie niedawno powstałe państwo Izrael nie należy (jeszcze) do szczególnie wyróżniających się w świecie pod względem gospodarczym.

Wspomnieliśmy także o łatwo dostrzegalnych różnicach w rozwoju i zamożności regionów w Polsce.

Znamy wszyscy podział na Polskę A i B. Ta „lepsza” część kraju A, to zachodnia Polska, zaś B część wschodnia. Różnice w cywilizacyjnym zaawansowaniu zwykło się wyjaśniać w dwojaki sposób.

Po pierwsze o bogactwie polskich regionów decyduje bliskość krajów, z którymi sąsiadujemy. Sąsiedztwo Niemiec wymuszało niejako na Polakach większą przedsiębiorczość i operatywność, by sprostać morderczej konkurencji bogatego sąsiada. Bliskość Rosji wpływała raczej negatywnie na rozwój gospodarczy wschodnich regionów, bowiem nasz drugi potężny sąsiad z wolną konkurencją i zaradnością raczej niewiele ma wspólnego.

Ten koncept także nie do końca wyjaśnia kwestię wzrastania w bogactwie lub ciążeniu ku ubóstwie. Cóż bowiem zdecydowało o potędze gospodarczej Niemiec i zacofaniu Rosji? Religia? A może wpływ jakichś sąsiadów tych państw? Przyznajmy, że brzmi to mało przekonująco i nie wyjaśnia znów w sposób nie budzący zastrzeżeń kwestii zamożności i biedy.

Po drugie do dzisiaj pokutuje w Polsce tradycja zaborów. Jeśli jesteś chociaż trochę dociekliwy z łatwością dostrzeżesz np. niesłychanie rozwiniętą strukturę i gęstość szlaków transportowych np. na Śląsku i w Wielkopolsce i fatalną sytuację na Podlasiu, czy Lubelszczyźnie.
Obok uprzemysłowionego, należącego jeszcze 100 lat temu do Niemiec Śląska, toczyło się dość beztroskie, ale naznaczone nieprawdopodobnym ubóstwem życie w „austro-węgierskiej” Galicji.

Tzw. „Ściana Wschodnia” oznaczająca kilka województw na wschodzie Polski (chociaż pierwotnie była to nazwa bogatej, barwnej części Warszawy na wschód od ul. Marszałkowskiej) potrzebuje mnóstwa dotacji i bodźców do rozwoju. W tym czasie Polska zachodnia kwitnie i coraz bardziej oddala się ekonomicznie i mentalnie od regionów wschodnich.

Czy położenie geograficzne może decydować o cywilizacyjnym rozwoju? Na pewno tak. W Polsce ciągle podkreślamy to, że mamy historycznego pecha w tej materii. Nie mamy, jak inne nacje, czasu na bogacenie się, bo musimy regularnie przeznaczać go na walkę o niepodległość. Przyznajmy, że to także wątpliwa teza. Jeśli bowiem uwolnimy się od dziejowo – geograficznych stereotypów to możemy zadać sobie takie oto pytania.

Jak to możliwe, że Anglia, leżąca na paskudnej i deszczowej wyspie, z dala od kontynentu stała się potężnym światowym imperium? Czy Anglia miała jakieś szczególne warunki do tego, by skolonizować połowę świata? A Japonia? Czy jest w jej religii lub położeniu geograficznym coś tak bardzo szczególnego, by stała się potęgą gospodarczą mocno dającą się we znaki (ekonomicznie) Stanom Zjednoczonym, Unii Europejskiej i całej Azji? Nie dalej, jak 65 lat temu przegrała wojnę, a dwa jej miasta stały się pierwszymi ofiarami atomowej zagłady. Jeszcze w latach 60. ubiegłego stulecia była bardziej zacofana niż Polska Ludowa.

Wydaje się, że nasz wywód można ciągnąć niemal bez końca, a pytań bez jednoznacznej odpowiedzi pojawi się tak wiele, że moglibyśmy stworzyć osobny serwis internetowy i rozwijać jego zawartość przez długie lata.

Czas zatem zatrzymać się i skoncentrować na pytaniu postawionym w tytule niniejszej rozprawki.

A zatem, czy w Polsce można być bogatym? Na tak postawione pytanie odpowiedź jest prosta: jasne, że tak. Czy jest to łatwe, tj. czy jest w Polsce „pogoda dla bogaczy”? Nie.

Dlaczego?

Spróbujmy odpowiedzieć możliwie krótko i treściwie.

1. Pierwszą przeszkodą dla nas, żyjących w Polsce jest koszmarna spuścizna PRL. Młode pokolenie może nie zdawać sobie z tego do końca sprawy, ale PRL ciągle świetnie się trzyma w demokratycznej i wolnorynkowej Polsce.

Niektórzy uważają, że – jakkolwiek zabrzmi to okrutnie – musi w Polsce nastąpić jeszcze co najmniej kilkakrotna wymiana pokoleń, by pozbyć się tych 50 upiornych lat po wojnie, które o mały włos nie uczyniły z Polaków tzw. „homo sovieticus”.

PRL naznaczył naszą mentalność, niekiedy w sposób prawie nieodwracalny:

  • Przeciętniactwem. Niewielu Polaków ma wolę – i odwagę – rozwijać i pielęgnować swój indywidualizm. Większość z nas ulega presji przeciętnej większości, która kieruje się filozofią życiową wyrażającą się w takich m. in. narodowych mądrościach, jak „nie wychylaj się przed orkiestrę” lub „jeśli wejdziesz między wrony musisz krakać jak i one”.
  • Bylejakością. Ta nasza cecha narodowa jest szczególnie zauważalna w stanie polskich dróg, większości usług i krajowych wyrobach – zwłaszcza, jeśli mowa o nowych technologiach.
  • Próżniactwem. Jeśli jesteś przedsiębiorcą lub jeśli działasz na własną rękę, jako freelancer, i musisz mieć zawsze w zasięgu podwykonawców to spróbuj znaleźć ludzi, którzy dobrze wykonają powierzoną im pracę. Zadanie trudne niesłychanie ;) A przecież znów mamy spore bezrobocie i, według mediów, tylu zdolnych, wykształconych, nie może znaleźć pracy.
  • Bezinteresowną zawiścią i niechęcią do wszystkich (i wszystkiego), co wyrasta poza wyimaginowaną średnią. Według rozmaitych sondaży wykonywanych przez ośrodki badania opinii publicznej, a publikowane dość często przez media, nawet 2/3 Polaków nienawidzi biznesmenów! Uważa ich z reguły za złodziei lub co najwyżej kombinatorów uwikłanych w zawsze podejrzane i naganne układy.
  • Minimalnymi aspiracjami (i ambicjami). Jeszcze w latach 90. Businessman Magazine opublikował raport, w którym wymienił „grzechy główne” polskich przedsiębiorców. Na pierwszym miejscu znalazła się… niezdolność do wielkich marzeń i ambicji! Typowy polski biznesman, mimo, iż jego potencjał jest taki sam, jak przedsiębiorcy brytyjskiego czy niemieckiego, swoje marzenia uważa za spełnione, jeśli zarobi na dużą willę, luksusowy samochód i parę innych, skądinąd godnych uwagi „gadżetów”. Rzecz w tym, że aspiracje biznesmanów zachodnich sięgają nieskończenie dalej – i wyżej. Oni chcą być najlepsi na świecie – i zmieniać ten świat. Chcą tworzyć wartości, które wpłyną na jakość życia innych.

Prawdopodobnie rzecz trochę uprościliśmy, i może nieco przerysowaliśmy, jednak wydaje się, że spuścizna PRL jest największą barierą na drodze do bogactwa i zamożności w Polsce.

2. Problemem w Polsce jest nasz bardzo nowoczesny, zwłaszcza ten prywatny, system edukacji. Od co najmniej 15 lat stał się dochodowym biznesem dla jego właścicieli, studenci zaś mają z tego modelu edukacji niewiele korzyści.

  • Z punktu widzenia tzw. wizerunku obecni studenci i młodzi absolwenci skończyli nowoczesne, nawiązujące do światowej czołówki uczelnie. Nic bardziej błędnego. W renomowanym rankingu 500 najlepszych uczelni na świecie znalazły się tylko dwie polskie uczelnie: Uniwersytet Jagielloński i Uniwersytet Warszawski.
  • Inna kwestia to moje osobiste doświadczenie jako okazjonalnego wykładowcy w prywatnych szkołach. Do zajęć warto przygotowywać się dla góra 10% studentów – ci bardzo często są błyskotliwymi, pełnymi zaangażowania młodymi ludźmi, którzy poszukują swojego indywidualnego i oryginalnego pomysłu na życie. A co z pozostałymi 90%? Na pewno jestem bardzo niesprawiedliwy, ale wydaje mi się, że to kolekcjonerzy tzw. papierków (dyplom to określenie niezbyt cool/trendy/jazzy ;)
  • Uczelnie, nawet te, które mają w nazwie słówko „przedsiębiorczość” produkują poprawnych pracowników – ale nie ludzi przedsiębiorczych. Tego młodzi Polacy muszą się uczyć samodzielnie.

3. I wreszcie trzecia, bardzo zauważalna w Polsce bariera. Jest nią popularna, taka powiedzmy na poziomie prowincjonalnych parafii, nauka Kościoła katolickiego.

Sam należę do tego Kościoła – ale należę także do absolwentów jednej z dwóch uczelni, które znalazły się w rankingu światowej „500” – więc tym bardziej problem „parafialnego” nauczania Kościoła może dać się we znaki. (Uprzedzając ewentualne złośliwości – nie trzeba być absolwentem jakiejkolwiek uczelni, by doświadczyć mnóstwa rozterek i wątpliwości w zderzeniu z postawą i nauczaniem polskich duchownych).

Co takiego może irytować w stosunku Kościoła w Polsce do kwestii bogactwa i pieniędzy?

Najbardziej popularnym i powtarzanym przy każdej okazji cytatem z Biblii na temat bogactwa są słowa Chrystusa przy pewnej bardzo specyficznej sytuacji: Prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, niż bogaty wejdzie do Królestwa Niebieskiego.

Jeśli jesteś chrześcijaninem lub jeśli interesuje Cię Biblia wiesz, że o bogactwie jest mnóstwo innych, mających zgoła inne znaczenie cytatów, np. Dlatego odbierzcie mu ten talent, a dajcie temu, który ma dziesięć talentów. Każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma.

Na czym polega ta nie do końca uprawniona promocja ubóstwa? W Biblii jest ponad 2 300 cytatów mówiących o bogactwie i pieniądzach! Jeśli interesuje Cię ten fenomen zajrzyj do rewelacyjnej książki Howarda Daytona „Twoje pieniądze się liczą” i do „Biznes według Biblii” Larry Burketta. W Polsce od 2009 roku działa już polska filia Crown Financial Ministries, fundacji, która pokazuje głęboki, ponadczasowy sens przedsiębiorczości i mądrego zarządzania pieniędzmi.

Trudno mi zrozumieć dlaczego Kościół w Polsce, sam tak bardzo zamożny i wpływowy, pozostaje obojętny lub niechętny bogaceniu się swoich wiernych. Pieniądze są nam bardzo, ale to bardzo potrzebne. Ich brak jest powodem koszmarnych nieszczęść. Jedynie nadmierne przywiązanie do bogactwa można z punktu widzenia chrześcijaństwa uznać za naganne, a nawet zgubne. Ale nie bogactwo samo w sobie! To my wszak nadajemy mu właściwą lub błędną miarę i wartość.

Czy w sytuacji, kiedy mamy w Polsce tak wiele barier na drodze do bogactwa jest coś, co je równoważy – a nawet jest okolicznością istotniejszą i potężniejszą? Tak, jest coś takiego. Na szczęście jest.

Mimo tradycyjnych już w historii Polski zapóźnień cywilizacyjnych w połowie lat 90. załapaliśmy się na globalną rewolucję w komunikacji i dostępie do wiedzy.

Oto dzięki ekspansji mediów internetowych i nowoczesnych technologii każdy z nas, żyjący w Polsce, ma – chyba po raz pierwszy w dziejach – taki sam dostęp do najnowszych informacji i najprzedniejszego w świecie know how, jak Amerykanie, Japończycy, czy Niemcy. Nie możemy już – a nawet nie mamy prawa! – dłużej narzekać, ani usprawiedliwiać krajowej siermięgi brakiem wiedzy, czy niemożnością skorzystania z najbardziej zaawansowanych technologii, zwłaszcza komunikacyjnych, na świecie.

Każdy z nas może partycypować w globalnym przepływie wiedzy i informacji – a nawet konkurować z najlepszymi. Jeśli rozejrzymy się po Internecie dostrzeżemy coraz więcej polskich przedsiębiorców, wolnych strzelców i rozmaitych pasjonatów, którzy tworzą fantastyczne projekty. I zarabiają coraz więcej pieniędzy. (Według GUS i innych źródeł w Polsce rocznie przybywa kilka tysięcy milionerów – może nie są to dane imponujące, ale na pewno bardzo pokrzepiające i inspirujące).

Dzięki krótkim wyjazdom i projektom, które realizowałem w Wielkiej Brytanii poznałem sporo Polaków, którzy po pierwszych dwóch-trzech latach spędzonych w pracy poniżej ich kwalifikacji z powodzeniem prowadzą teraz swoje – niekiedy – międzynarodowe biznesy lub pracują w słynnym londyńskim City. Są to z reguły ludzie młodzi, pokolenie 30. latków, pozbawieni jakichkolwiek kompleksów i świetnie czujący się w świecie międzynarodowego biznesu.

Czy jest jeszcze coś, czego nam na ogół brakuje i co powinniśmy jak najszybciej samodzielnie nadrobić? Tak. To edukacja finansowa. Nikt nas tego nie uczy ani w domu, ani w szkole. Ten wysiłek musimy podjąć sami i nauczyć się zasad tej, tylko na pozór, skomplikowanej gry zwanej „sztuka zarządzania finansami osobistymi”. Nauka finansów jest do jakiegoś stopnia zwieńczeniem procesu rozwoju osobistego.

Korzystając z okazji pragnę zaprosić Ciebie, Szanowny Czytelniku / Droga Czytelniczko do:

  1. Dyskusji o barierach i szansach osiągania zamożności w Polsce.
  2. Lektury serwisu Poradnik o finansach, gdzie znajdziesz m. in. Internetowy kurs planowania finansów osobistych.

Andrzej Mańka (profil na fb)

3 diabelsko skuteczne triki na podniesienie produktywności

To jest wpis gościnny autorstwa Bartka Popiela. Bartek prowadzi blog BartekPopiel.pl na którym pisze o produktywności, komunikacji i efektywnej nauce. Jest autorem ebooka “Zrobię To Dzisiaj!” oraz kursu online “TurboStrategie Nauki”.

„Znane są tysiące sposobów zabijania czasu, ale nikt nie wie jak go wskrzesić.”
— Albert Einstein

Umiejętność gospodarowania czasem jest niezwykle ważna. Jest czymś, czego w żaden sposób nie da się odzyskać – można tylko korzystać z niego w mądry sposób. Podejść do zarządzania czasem jest wiele: jedni uważają, że powinno się go wykorzystywać maksymalnie produktywnie. Z kolei inni uważają, że żyje się tylko raz i trzeba maksymalnie korzystać z tego, co przynosi dzień dzisiejszy.

Tak naprawdę każde z tych podejść ma swoje racje. Cóż więc robić? Trzeba znaleźć złoty środek – pracować mądrze i wydajnie, a pozostały czas przeznaczać na celebrację życia. Aby dojść do dobrego balansu trzeba zmiany kilku nawyków oraz odpowiedzi na pytania:

Czego tak naprawdę chcesz od życia?

Dlaczego właśnie taką drogę wybierasz?

Czym mocniejsze będzie Twoje „dlaczego tego chcę”, tym szybciej znajdzie się odpowiedź na pytanie „jak to osiągnąć?”.

Koncentracja

Żyjemy w erze chaosu informacyjnego. Nieustannie dostajemy nowe maile, telefony, smsy, prywatne wiadomości na Facebooku, NK i wielu innych portalach społecznościowych.

Sprawdzamy co napisali znajomi, czy dodali nowe zdjęcia, czy skomentowali nasze fotki i wypowiedzi. To wszystko bardzo angażuje, a wielu ludzi wręcz uzależnia.

Nie ma znaczenia czy jesteś blogerem, nauczycielem, kompozytorem, grafikiem, programistą, copywriterem czy barmanem – koncentracja jest kluczem do lepszych efektów. Dlaczego? Bo przełączając się z zadania na zadanie tracisz wiele energii.

Wyobraź sobie, że siadasz do nauki. Masz za dwa dni egzamin i chcesz zrobić gruntowną powtórkę. Nagle rozlega się dźwięk telefonu. To Twój dobry znajomy! Dzwoni ponieważ chce zmienić pracę i jest ciekaw Twojego zdania. Po piętnastu minutach rozmowy znów wracasz do książek. Zaczynasz czytać i w momencie kiedy wpadasz w rytm rozlega się dzwonek do drzwi: tym razem sąsiadka przyszła zapytać, czy przypadkiem nie widziałeś kota, który właśnie jej uciekł.

Zaczynasz się irytować, że co chwilę ktoś przerywa Ci pracę i postanawiasz chwilę się zrelaksować. Wchodzisz na Facebooka, następnie Demotywatory i honorową rundę kończysz na Wykopie.

Patrzysz na zegarek i widzisz, że zbliża się południe. Czujesz lekkie ściskanie w brzuchu i słyszysz burczenie. Mówisz: „Ok, zjem coś i siadam do nauki”. Niestety nauka zaraz po jedzeniu nie jest najlepszym pomysłem ponieważ zaczyna się etap trawienia, człowiek robi się śpiący, a poziom koncentracji znacznie spada.

Tylko jedna rzecz

Jeżeli chcesz osiągnąć zamierzone cele, skup się tylko i wyłącznie na jednej rzeczy na raz.

Nie da się jednocześnie rozmawiać i czytać książki. Nie można pisać artykułu i jednocześnie zachwycać się nowymi zdjęciami naszych przyjaciół. Nie da się oglądać filmu i jednocześnie grać na komputerze.

Robiąc dwie i więcej rzeczy na raz tak naprawdę NIC nie będzie zrobione dobrze. Koszty przełączania się z zadania na zadanie są ogromne.

Twoja oaza spokoju

Aby podnieść swoją produktywność i robić tylko jedną rzecz, koniecznie zadbaj o swoje środowisko:

Wyczyść biurko – umieść na nim tylko to, czego używasz codziennie. Resztę schowaj do pudła, albo wyrzuć. Najlepiej gdybyś miał przy sobie tylko to, czego aktualnie używasz. Pisząc ten artykuł na moim stole jest tylko laptop i szklanka z czystą wodą.

Przygotuj wszystko co potrzebne – kiedy się uczysz lub pracujesz zastanów się co będzie Ci potrzebne, a następnie zgromadź te rzeczy wokół siebie. Powiedzmy, że uczysz się matematyki lub fizyki. Miej pod ręką: coś do pisania, czyste kartki, pisaki, linijkę, kalkulator. Co jeszcze potrzebujesz? Może tablicę z wzorami? Przykładowe zadania? Pomyśl o tym wcześniej. To zaoszczędzi nie tylko Twój czas, ale także mnóstwo niepotrzebnych frustracji.

Wycisz telefon – ranga telefonu urosła do tego stopnia, że dzisiaj każdy nosi go przy sobie i w jakiś sposób reaguje, gdy ten daje o sobie znać. Jeszcze całkiem niedawno w Polsce panowała era telefonów domowych. Wtedy nie martwiłeś się tym, że nie odbierasz gdy jesteś na spacerze lub w pracy.

Tymczasem dzisiaj być może bardzo się przejmujesz gdy wyjdziesz do pracy i nie masz ze sobą telefonu. Przypomnij sobie jak zareagowałeś ostatnim razem gdy zapomniałeś komórki? Pomyślałeś o tym by po niego wrócić? A może wróciłeś?

Tak czy inaczej bądź świadom tego, że nie zawsze musisz być dostępny. Nie zawsze musisz odbierać jeśli pracujesz nad czymś, co daje ludziom wartość. Skończysz pracę, to oddzwonisz : )

Pozamykaj wszelkie komunikatory – Pamiętam jak podłączono mi Internet i fascynowałem się komunikatorem gg. Mogłem się komunikować ze znajomymi bez ponoszenia dodatkowych kosztów. Żadnych limitów czasowych, ani objętościowych.

Taki okres fascynacji miało w tamtym czasie wiele osób i mój komunikator zapełniony był znajomymi na „dostępnym”. Wielokrotnie rozmawiałem z kilkoma osobami jednocześnie przemieszczając się tylko między okienkami (to jeszcze była wersja GG bez kart w jednym oknie :D).

Rozmowy trwały długimi godzinami, a tak naprawdę nie wnosiły wiele wartości do życia rozmawiających.

Po jakimś czasie człowiek się przyzwyczaja do takich rzeczy i już nie budzą one tyle emocji. Zacząłem więc przesiadywać na „niewidocznym” i tylko odpowiadać na ważne sprawy. To również okazało się nieskuteczne.

Siedziałem nad książkami, ale komputer miałem włączony. Kiedy kątem oka zauważyłem, że jest nowa wiadomość po prostu nie potrafiłem się opanować i musiałem sprawdzić co to takiego :D (brzmi znajomo? ;) )

Kolejny etap trwa do dziś. Komunikator włączam raz na dwa tygodnie (czasami raz na miesiąc) by sprawdzić czy nadeszły jakieś wiadomości. Po szybkiej selekcji ponownie zamykam komunikator na dłuższy okres.

Zrezygnuj z powiadomienia o nowych mailach – kiedy na pulpicie lub na pasku zadań pojawia się informacja: „Masz nową wiadomość” automatycznie budzi się w Tobie ciekawość. Przerywasz pracę lub naukę by przeczytać nowe maile. Później wracasz do swoich spraw, ale po chwili dostrzegasz nowe powiadomienie i sytuacja się powtarza. Takie działanie jest niepotrzebne i nieefektywne.

Naucz się sprawdzać maila dwa razy dziennie – to naprawdę wystarczy. Osobiście robię to co dwa, trzy dni. Więcej trików na poskromienie maila znajdziesz w artykule „Jak w pełni zapanować nad skrzynką mailową?

Zamknij przeglądarkę i zbędne programy – gdy pracujesz w arkuszu kalkulacyjnym lub edytorze tekstu, to pozamykaj wszystkie inne programy z przeglądarką na czele. Gdy będzie otwarta zwiększasz prawdopodobieństwo, że wejdziesz „tylko na pięć minut” sprawdzić co słychać w świecie. Od portalu do portalu i minuty zamieniają się w godziny.

Ustaw zegarynkę – Jesteś człowiekiem, a nie maszyną i co jakiś czas potrzebujesz przerwy. Odpoczynek jest konieczny po to, by wrócić z nowymi zapasami energii i skutecznie działać dalej. Zamiast sprawdzania godziny na zegarku proponuję ustawienie minutnika lub budzika.

Postaw go poza swoim polem widzenia i pracuj dopóki nie usłyszysz dzwonka. To znacznie lepsze niż sprawdzanie ile czasu pozostało do przerwy.

Jedna uwaga: kiedy usłyszysz dzwonek nie rób przerwy natychmiast. Dokończ zagadnienie którym się zajmujesz. Jak piszesz artykuł, to nie przerywaj w połowie zdania. Skończ akapit i dopiero udaj się na przerwę. Postępuj tak samo gdy programujesz, tworzysz grafikę lub uczysz się. Dokończ zagadnienie, zrób przerwę i wróć do pracy zaczynając nowy punkt pracy.

Bądź świadomy i nie daj się skusić – Posiadasz w zasięgu ręki ogromną ilość mniej lub bardziej wciągających informacji. To może powodować odruchowe zachowania polegające np. na sprawdzaniu maila. Być może nawet nie wiesz kiedy to się stało – przecież normalnie pracowałeś, a tu nagle skrzynka mailowa „sama” się pojawiła :D

Bądź uważny. Kiedy chcesz włączyć przeglądarkę w celu sprawdzenia maila zatrzymaj się.

Zamknij oczy.

Weź kilka głębokich oddechów

i wróć do pracy.

Jeśli to konieczne to zrób sobie przerwę: wstań, otwórz okno, pogimnastykuj się, napij się wody. Zrób cokolwiek, ale trzymaj się z dala od komputera.

Lista wykonywanych czynności

Kiedy zacząłem pracę nad swoją produktywnością stworzenie takiej listy uświadomiło mi, jak wiele czasu marnuję. Tak wyglądała moja lista:

  • sprawdzanie maili,
  • przeglądanie Goldenline, Wykopu, Naszej-klasy, Facebooka,
  • pisanie artykułów na blog,
  • sprawdzanie statystyk bloga,
  • czytanie blogów,
  • czytanie książek,
  • tworzenie produktów informacyjnych,
  • ćwiczenia,
  • szlifowanie angielskiego.

Weź kartkę papieru i wypisz wszystkie rzeczy jakie zrobiłeś w ciągu ostatnich kilku dni. Zapisz absolutnie wszystko. Następnie weź pod uwagę taką sytuację:

Gdyby ktoś do Twojej twarzy przykładał rozgrzane żelazko i kazał wybrać tylko 4 rzeczy z tej listy, to co by to było?

W takiej sytuacji wybrałbym:

  • pisanie artykułów na blog,
  • tworzenie produktów informacyjnych,
  • czytanie książek,
  • ćwiczenia.

Całą resztę mogę usunąć bądź ograniczyć (np. sprawdzanie statystyk) do przeglądu raz w tygodniu.

Naucz się odmawiać

Jesteśmy wychowywani tak, aby sobie wzajemnie pomagać. Jednak zajmując się nieustannie sprawami innych osób nie będziesz miał czasu by zająć się sobą. Aby nadrobić własne sprawy będziesz zarywał noce lub pracował w weekendy.

Powiedzenie komuś tylko „nie” może zostać źle odebrane. Aby zachować dobre stosunki z ludźmi i jednocześnie skoncentrować się na swoich sprawach korzystam z poniższych formuł:

„Nie mogę Ci pomóc ponieważ w tej chwili zajmuję się sprawami, które są dla mnie absolutnym priorytetem. To wymaga ode mnie sporego zaangażowania.”

Ta wypowiedź sprawdza się gdy ktoś oczekuje Twojej pomocy natychmiast. Zwykle ludzie rozumieją taką postawę i w żaden sposób nie traktują wrogo takiego podejścia. Nie bądź jednak obojętny i za jakiś czas zapytaj, czy i jak udało się tą sprawę rozwiązać :)

„Obecnie zajmuję się czymś ważnym. Czy możesz mi o tym przypomnieć za dwa tygodnie?”

Taka wypowiedź sugeruje, że chętnie pomożesz, ale nie w tej chwili. Odsunięcie zadania w czasie powoduje, że problem najczęściej rozwiąże się bez Twojego udziału.

„Nie sądzę abym miał na tyle kompetencji, aby pomóc Ci w tym temacie.”

Jak się na czymś nie znasz, to wodzenie za nos nie ma sensu. Możesz natomiast dać kontakt do osoby lub instytucji, która będzie pomocna (telefon do kogoś, namiary na odpowiednie forum internetowe itp.). W ten sposób nie dajesz rozwiązania, ale pomagasz się do niego zbliżyć.

Dzięki zastosowaniu powyższych trików w dwa miesiące udało mi się stworzyć szkolenie online, w którym pokazuję jak się uczyć efektywnie oraz napisać ebooka, który już drugi tydzień zajmuje pierwsze miejsce na liście bestsellerów w wydawnictwie Złote Myśli.

Skoro ja mogłem to osiągnąć, to Ty także możesz : )

Nad jakimi rzeczami spędzasz za dużo czasu? Na czym powinieneś się skoncentrować? Co zrobisz już dzisiaj aby wprowadzić zmiany? Podziel się swoimi doświadczeniami w komentarzach!

Samozatrudnienie okiem praktyka

Na Oszczędzaniu nie raz i nie dwa pojawiały się w komentarzach dyskusje o tym, czy lepiej pracować na swój własny rachunek, czy zatrudniać się na etacie. Zdania są podzielone: jedni wybierają etat ze względu na pewnego rodzaju bezpieczeństwo i stabilność, którą zapewnia; inni nie chcą pracować na kogoś za najniższą stawkę i wybierają samozatrudnienie.

Dzisiejszy wpis będzie właśnie o samozatrudnieniu, a konkretniej: jego wadach i zaletach. Autorem postu jest Piotr Sadowski, prowadzący m.in. serwis RevolWEB oraz znany w sieci pod pseudonimem Uranik. Piotr ma „za pasem” 12 lat praktycznego doświadczenia w pracy na własny rachunek, dlatego warto zapoznać się z tym, co ma do powiedzenia – zwłaszcza, gdy wahasz się, czy przejść na samozatrudnienie czy pozostać na etacie.

Czym jest samozatrudnienie? Jak podaje Wikipedia, samozatrudnienie to sytuacja, w której osoba fizyczna podejmuje działalność gospodarczą na własny rachunek i na własne ryzyko.

Oddaję głos Piotrowi…


Od 12 lat tworzę strony internetowe i projektuję grafikę, a od 3 lat prowadzę oficjalną firmę dla tej działalności. „Samozatrudniam się” jako grafik i webdeveloper, resztę zadań zlecam podwykonawcom. Firma jest moim głównym źródłem zarobków. Gdy tylko komuś opowiem, na czym polega moja praca – zaczynają się „ochy i achy” – jak to fajnie się ustawiłem, że mogę pracować gdziekolwiek i kiedykolwiek, że zarabiam ile chcę itd. Tymczasem taki model życia wcale nie musi być lepszy od typowego etatu.

Dlaczego?

Poniżej zestawiam krótko opisane zalety i wady mojego modelu życia. Polecam ich przeczytanie i przemyślenie każdemu, kto chce zacząć w ten sposób żyć i pracować.

Zacznę od zalet:

  1. Dowolność miejsca pracy – rzeczywiście, teoretycznie mogę pracować wszędzie tam, gdzie tylko jest Internet (nawet taki przez komórkę). W domu, u dziadków na działce, w pociągu itp.
  2. Dowolność czasu pracy – jeśli nie uwzględniać deadline’ów, pracuję kiedy chcę – wieczorem, w nocy, w weekendy, czy w święta… i nie pracuję, gdy nie chcę (np. poniedziałki są u mnie wolne – nie pracuję w ten dzień tygodnia).
  3. Codzienna dostępność bez limitów – to także i wada (szczegóły poniżej), ale niewątpliwie dużym atutem jest możliwość załatwienia dowolnej sprawy o dowolnej porze dnia, lub możliwość wyjechania na kilka dni nawet w środku tygodnia.
  4. Brak szefów. Jestem panem swojej pracy, nikt mi nie rozkazuje, nie wymaga, nie pogania. Świadomość, że pracuję tylko dla siebie jest dość fajna i mnie motywuje.
  5. Odliczanie podatku od firmowych materiałów, sprzętów i usług dla firmy. Osoba prowadząca działalność gospodarczą może od przychodów odliczać wszystkie wydatki, choćby pośrednio związane są z pracą. Dotyczy to PITu i VATu. Na pierwszy rzut oka nie widać tych oszczędności, ale chwila z kalkulatorem udowadnia, że są one spore.
  6. Możliwość szybkiego rozszerzenia działalności o dowolny biznes. Wymaga to szerokiego wpisu w indeksie PKD podczas zakładania firmy, ale jeśli ktoś już to zrobi – może w każdym momencie wystartować interes w niemal każdej branży która nagle okaże się przynosząca zyski.
  7. Codzienne „trenowanie” umysłu. Rozwiązywanie problemów organizacyjnych, śledzenie nowinek, rynku, branży, rynków finansowych i giełdy to niezłe ćwiczenia na twórcze myślenie. Kombinowanie, obliczanie, wymyślanie pomysłów – to kształci. Poza tym na pewno nie popadnę w marazm, jak niektórzy na bezmyślnym etacie.
  8. Możliwość „sprężenia się” i generowania jednorazowo dużej kwoty pieniędzy – w ”dobrym miesiącu” zarobki są proporcjonalne do ilości pracy, a ilość pracy jest prawie niczym nieograniczona. Mogę wtedy śmigać 20h na dobę przez trzy tygodnie i zarobić szybko naprawdę sporo.
  9. Firmę można sprzedać – to powinien być podpunkt do punktu 4. Dobrze wiedzieć, że firma i promowane przez nią marki a także produkty, mają swoją wartość. W sytuacji patowej całość, lub część – można spieniężyć (choć mam nadzieję że nigdy do tego nie dojdzie).
  10. Jestem z siebie dumny. Odpowiadając na pytanie o to czym się zajmuję – odczuwam dumę i samozadowolenie. Utrzymanie własnego biznesu wymaga rozwoju i wykorzystania wielu cech osobowości i charakteru które zawsze chciałem mieć. Bywa różnie, ale firma się trzyma – co udowadnia, że te cechy posiadam i kształcę. I właśnie to niesamowicie mnie motywuje i daje dużo energii.

Teraz wady (których wypisanie idzie mi, o dziwo, o wiele łatwiej):

  1. Uciążliwość „papierków”. Rozliczenia wewnętrzne, fakturowanie, księgowanie, rozliczenia z Urzędem Skarbowym, pilnowanie przelewów i płatności Klientów – to zadania nader uciążliwe, praco- i czasochłonne. Po roku samodzielnej męczarni, zatrudniłem księgową, z którą tak czy owak muszę się spotykać co miesiąc i oczywiście płacić. Co do opłat:
  2. Koszty – są duże. Najbardziej boli ZUS (około 850zł miesięcznie), do tego podatek PIT, podatek VAT, opłaty księgowe i inne. Razem od 1000 do 2000zł miesięcznie… i rośnie z miesiąca na miesiąc. Na to wszytko firma musi zarobić i jeszcze wypracować zysk. Co nas prowadzi do kolejnego punktu:
  3. Niejednorodne zyski. Czasem trafi się kilka dużych zleceń, czasem jedno małe w ciągu miesiąca. Przekładając na finanse: Firma może zarobić 10k w miesiąc, a potem przez 3 miesiące generować straty (często jest tak przez wakacje). Nidy nie wiesz ile tak naprawdę zarabiasz miesięcznie, zawsze musisz odkładać część kasy, by mieć na pokrycie słabsze miesiące w przyszłości.
  4. Brak dodatkowych świadczeń socjalnych i bonusów finansowych – etatowcy mają dodatkowe ubezpieczenia, wyjazdy, szkolenia, wakacje, posiłki, ochronę lekarską itp., a także bonusy finansowe typu „trzynastka”, premie, dodatkową kasę za przepracowane lata, i wiele innych… Ja nie mam nic z tych rzeczy, dopóki sam sobie nie zorganizuję. A wtedy płacę za to sam. Osoba „samozatrudniona” nie podlega także ochronie ustawowej prawa pracy. Konsekwencją tego jest brak płatnego urlopu i zasiłku chorobowego przez pierwszy miesiąc choroby.
  5. Pracuję tak naprawdę cały czas. Zasypiając myślę o projektach i planuję kolejny dzień pracy. Codziennie zbieram inspiracje, robię zdjęcia i szkice różnych prac, graffiti, fajnych reklam, ciekawych projektów itp. Oczywiście jest to moja pasja i fascynacja, ale to też męczy. I nie umiem się od tego uwolnić – moje życie obraca się wokół firmy, zleceń i projektów. Zazdroszczę tym, którzy od 8:00 do 15:00 pracują, a potem wracają do domu i mają wszystko w d. Na razie jeszcze tego nie czuję, ale jeśli w przyszłości nie nauczę się oddzielać spraw prywatnych od firmowych, moja przyszła rodzina będzie na tym cierpieć.
  6. Codzienna dostępność bez limitów (tak, to było także w zaletach) – wiedząc, że z pracy mogę się urwać o każdej porze, niektóre osoby (głównie z rodziny) próbują to świadomie lub nieświadomie wykorzystać, myśląc, że nic na tym nie tracę. Mogę przecież załatwić coś na poczcie, zrobić zakupy, odebrać komuś dziecko itp. – to tylko godzinka i nie muszę nikogo prosić o pozwolenie na wyjście… Odrobina asertywności wystarczy, aby odmówić wykonania większości takich przysług, jednak nie wszyscy i nie zawsze to rozumieją – i wychodzi na to że jestem niewdzięcznym zarozumialcem.
  7. Nie mam referencji. Prowadzenie własnej firmy przez X lat nie będzie dobrą referencją, gdybym kiedyś z jakichś powodów chciał przejść na etat. Lepiej wygląda w CV i w listach rekomendacyjnych kilka dużych firm. HR’owcy wiedzą także, że tacy byli przedsiębiorcy nie są przyzwyczajeni do zwierzchnictwa i reżimu, przez co mogą sprawiać kłopoty.
  8. Nie awansuję. W dużej firmie, pnąc się po drabince, w sprzyjających okolicznościach można dorwać posadę, w której robi się niewiele, a zarabia dużo. Ja mam nikłe szanse się tak ustawić, przynajmniej przez kilka/naście następnych lat.
  9. Odpowiedzialność. Jeśli coś sknocę, to ode mnie Klient będzie żądał naprawy/zadośćuczynienia, a nie od szefa czy zakładu pracy. A ja ryzykuję całym swoim majątkiem (a spółka z.o.o. wcale nie jest wystarczającym zabezpieczeniem, jak sądzą niektórzy).
  10. Motywacja, a właściwie jej brak. To największy problem. Okazuje się bowiem, że czasem szef by się przydał. Pogoniłby do roboty – zastraszył, zaszantażował lub nagrodził. Nikogo takiego nie ma i do pracy muszę się zmuszać sam. Bywa, że jest to baaaaaaaaaardzo trudne.

Większych lub mniejszych zalet lub wad jest o wiele więcej – wymieniłem tylko te, które wydają mi się najważniejsze i które „męczą” mnie najczęściej.

Nie lubię rozwlekać tematów, więc – szybko podsumowując: własny biznes to niełatwy, ale bardzo satysfakcjonujący kawałek chleba. Taki styl pracy odpowiada wielu osobom i jeśli czujesz że to coś dla Ciebie – zbierz odwagę i po prostu rozpocznij swój biznes. Jeśli jednak chcesz skutecznie separować od siebie życie prywatne i pracę – wybierz etat.


Jakie są Twoje przemyślenia po lekturze artykułu Piotra? Czy przekonał Cię do rzucenia etatu? A może utwierdził w tym, że lepiej się go trzymać? A może masz inne zdanie na niektóre podpunkty? Napisz komentarz.

Początki oszczędzania: Krzysztof Lis

Niniejszym wpisem inauguruję nowy cykl wpisów gościnnych na Oszczędzaniu, w którym każdy może opowiedzieć o swoich początkach z oszczędzaniem pieniędzy. Na pierwszy ogień idzie wpis Krzysztofa Lisa, w którym opowiada on o tym, jak zaczęła się jego przygoda z oszczędzaniem oraz jak w swoim życiu podchodzi do gromadzenia oszczędności.

Oddaję głos Krzyśkowi…

Dlaczego warto wcześnie zacząć oszczędzać?

Kilka dni temu uświadomiłem sobie, jak to fajnie byłoby żyć na poziomie, na który pozwalają mi moje zarobki. Uświadomiłem sobie, że wydaję w ciągu miesiąca znacznie mniej, niż zarabiam, a resztę pieniędzy odkładam. Gdybym wydawał więcej, jadałbym często na mieście, miałbym więcej fajnych rzeczy, ciuchów, najnowszą komórkę, pewnie lepszy samochód, albo większe mieszkanie.

A tymczasem tego wszystkiego nie robię i nie mam.

Od momentu wyprowadzki od rodziców i zamieszkania z ówczesną narzeczoną w 2007 roku, wydajemy co miesiąc podobną sumę pieniędzy. Zaczynaliśmy od 2 000 PLN na miesiąc (gdy mieszkaliśmy w mieszkaniu, za które nie płaciliśmy czynszu), teraz mieścimy się z wydatkami w kwocie rzędu 3 000 PLN (przybyły nam dwa koty, dziecko, drugi samochód, no i mieszkanie, za które płacimy już czynsz). Tymczasem moje zarobki bywają czasem i 3x większe. Bywają, bo część pieniędzy zarabiam na blogach, z czego nie mam stabilnych i stałych dochodów.

Od zawsze praktycznie oszczędzam pieniądze. Zawsze gdzieś w głowie miałem cel, na który pieniądze chciałem wydać, dzięki czemu miałem na co odkładać. Zaczynało się pewnie od klocków Lego, bo moi rodzice w domu wprowadzili system „unijny” – do większych wydatków dokładali połowę, drugą połowę musiałem pokryć z oszczędności. Może to, a może geny po dziadku (znanym w rodzinie jako wzór oszczędności, żeby nie powiedzieć, że momentami skąpstwa), sprawiło, że oszczędzanie jest dla mnie czymś zupełnie naturalnym.

Dlaczego o tym piszę?

Bo oszczędzanie weszło mi w nawyk. Nauczyło mnie rozsądnego wydawania pieniędzy. Nie robię impulsowych zakupów. Nawet zakupy na Allegro zazwyczaj robię po kilkudniowym namyśle (np. w poniedziałek znajduję coś fajnego, a kupuję dopiero w piątek). A przede wszystkim przyzwyczaiłem się do życia na tym poziomie, na którym byłem te kilka lat temu.

Dziś mógłbym pozwolić sobie na więcej, ale szczęśliwie wzrost moich zarobków przełożył się głównie na wzrost oszczędności, a nie wzrost wydatków.

Dzięki temu, co miesiąc odkładam naprawdę sporą kwotę pieniędzy (w odniesieniu do zarobków) na oszczędności. Dziś moim celem jest budowa domu w najbliższym czasie. Najbliższy czas to pewnie za jakieś 2 lata. Bo teraz odkładam pieniądze po to, by później wziąć znacznie mniejszy kredyt. A być może w ogóle go nie brać. W dalszej perspektywie jest wolność finansowa – wyprowadzę się do tego domu i dzięki małym ratom kredytu (albo w ogóle jego braku) będę mógł rzucić pracę i zarabiać tylko w Internecie / na chałturach.

Teraz pomyślmy, co by się stało, gdybym nie umiał oszczędzać i nie miał tego we krwi.

Zarabiałbym więcej i wydawałbym więcej. W razie nagłych wydatków posiłkowałbym się kredytem. Pewnie zapoznałbym się blisko z kartą kredytową albo kredytem odnawialnym. Kupowałbym rzeczy, bez których (jak widać) mogę się obejść. A gdybym chciał kupić coś większego, jak choćby właśnie ten dom, musiałbym wziąć kredyt. Jego udźwignięcie nie byłoby problemem, ale żeby sobie z nim poradzić musiałbym mocno zmienić swoje przyzwyczajenia i zmniejszyć wydatki. A to mogłoby wtedy być trudne, bo przecież apetyt rośnie w miarę jedzenia – a apetyt na pieniądze w miarę ich wydawania.

Inna sprawa, że na ten dom musiałbym wziąć wtedy kredyt na całą jego wartość, czyli powiedzmy na 300 000 PLN. Realizując aktualny plan powinienem się zmieścić w kredycie na 100 000 PLN. Czyli finalnie dom kosztowałby mnie ze 200 000 PLN więcej (bo przecież jak pożyczę 300 k PLN to będę musiał oddać ze dwa razy tyle).

Jak tak się ostatnio zastanawiałem, jak mógłbym żyć, gdybym wydawał wszystkie pieniądze, które zarabiam, było mi trudno wymyślić, na co mógłbym je wydawać… Naprawdę, bo przecież mam zaspokojone wszystkie potrzeby a fanaberie mi do głowy nie przychodzą.

Bardzo pomógł mi zwyczaj notowania wszystkich operacji na rachunkach bankowych. Taką buchalterię prowadzę od kiedy założyłem sobie pierwsze konto w banku internetowym, czyli z 6 lat temu. Mniej więcej raz w tygodniu uaktualniam dane zapisując przelewy, zakupy przez Internet, wypłaty z bankomatu (starając się zaznaczyć, na co wydałem gotówkę). Dzięki tym zapiskom wiem mniej więcej, ile pieniędzy mam na jakim rachunku. Obserwacja rosnących oszczędności jest bardzo przyjemna i motywująca.

Krzysztof Lis prowadzi wiele blogów, z których najpopularniejszym jest ten o zarabianiu na blogach.

Jeżeli chciałbyś podzielić się z Czytelnikami i Czytelniczkami swoimi początkami, przekonaniami oraz trikami związanymi z oszczędzaniem pieniędzy, skontaktuj się ze mną za pomocą formularza kontaktowego, do którego znajdziesz link u góry strony.