Największy problem finansowy Polaków (i jak sobie z nim poradzić?)

Tytuł tego artykułu pachnie tanią sensacją, ale wbrew pozorom temat jest dość poważny. Zastanówmy się przez chwilę nad tym zagadnieniem…

Czy największym problemem finansowym Polaków jest spirala długów, w którą wpadają? Nagłe „wypadki”, na które nie są przygotowani? Nieumiejętne posługiwanie się kartą kredytową? Pozwalanie na to, aby ich pieniądze traciły na sile nabywczej? Małe zarobki? A może zbyt duża rozrzutność?

Myśli moje i Pawła Sygnowskiego krążyły wokół tych przyczyn jakieś pół roku temu, gdy zabieraliśmy się za poszukiwanie odpowiedzi na to pytanie. Okazało się jednak, że głównym źródłem problemów finansowych był, nadal jest i prawdopodobnie jeszcze długo będzie…

Brak praktycznej wiedzy o pieniądzach i posługiwaniu się nimi!

Jest to całkiem logiczne: jeśli ktoś nie wie jak postępować z pieniędzmi, to będzie popełniał błędy, które z czasem będą się nawarstwiały, prowadząc często do katastrofalnych i długofalowych skutków, których część wymieniłem wyżej.

Wiecie, co jest w tym najśmieszniejsze? Że temat edukacji finansowej – a raczej jej braku – pojawia się „dookoła” od dłuższego czasu… pisał o tym Kiyosaki, pisałem o tym ja, pisali inni blogerzy, pisali w książkach, mówili w radiu, mówili w telewizji itp. itd.

I co? I nic!

My, czyli ja i Paweł Sygnowski, chcemy to zmienić.

Jak to się zaczęło…

Temat edukacji finansowej wypłynął między mną, a Pawłem około pół roku temu. Nasze kontakty zaczęły się od sprawy zupełnie niezwiązanej z finansami osobistymi (bodajże była to współpraca marketingowa), ale między dwoma gośćmi zajmującymi się na co dzień tematyką okołopieniężną ta kwestia musiała wypłynąć prędzej, niż później. Po burzliwej wymianie maili i rozmowach na Skype doszliśmy wspólnie do kilku wniosków:

  1. W Polsce brak jest materiałów edukacyjnych dostosowanych do polskich realiów. Co z tego, że półki w księgarniach uginają się pod ciężarem książek takich autorów, jak Kiyosaki, Bach, Allen, Orman, Schaeffer czy Eker, jak wiedza w nich zawarta jest dostosowana do zachodniego (głównie amerykańskiego) odbiorcy.
  2. Ogromny nacisk edukacji finansowej poświęcony jest oszczędzaniu. Jest to naturalnie bardzo istotna dziedzina obcowania z pieniędzmi, ale nie jedyna! Edukacja finansowa powinna również uczyć tego jak… zarabiać pieniądze!
  3. Prawie całkowicie pomijany jest aspekt psychologiczny i społeczny w nauczaniu o pieniądzach. Mało kto porusza takie kwestie, jak: przyzwyczajenia związane z pieniędzmi, pieniądze w związkach, wzorce finansowe przejęte od rodziców i bliskich, różnice mentalne między bogatymi i biednymi ludźmi itp. a są to niezwykle istotne, dla wielu osób trudne do przeskoczenia kwestie, które definiują postępowanie z pieniędzmi.
  4. Wiedza o finansach przekazywana w książkach to często powtarzanie tych samych sloganów: odkładaj 10% pensji, spłać długi, tnij koszty itp. itd. w kółko. Fakt, to podstawy edukacji finansowej, ale stanowią one zaledwie fragment tej niezwykle ciekawej dziedziny dysponowania pieniędzmi.
  5. Brak jest kompleksowego materiału, który sprawnie przeprowadziłby osobę chętną poszerzyć swoją wiedzę o finansach przez gąszcz wyselekcjonowanych, praktycznych informacji. Dziś, żeby zorientować się w tej dziedzinie, trzeba wydać sporo pieniędzy na różne książki oraz poświęcić sporo czasu na ich przeczytanie i zrozumienie. Oczywiście mało kto może sobie na to pozwolić, ponieważ skupiamy się na zarabianiu na podstawowe potrzeby życiowe oraz spłatę kredytów konsumpcyjnych i hipotecznych. To dlatego książki zbierają kurz, wiedza z nich pozyskana jest zapominana, a nasze życie się nie zmienia.
  6. Wiele książek o finansach robi coś, co nazywam sprzedawaniem marzeń i nadziei, zamiast jasno wykładać fakty. To prawda: fajnie się czyta o pasywnym dochodzie, milionach na koncie, podróżowanie po świecie i rosnących zyskach z inwestycji, ale mało kto pisze, że to nie dzieje się z dnia na dzień oraz że „bez pracy nie ma kołaczy!”
  7. Wiedza o finansach jest… droga! Dobre książki kosztują kilkadziesiąt złotych za sztukę, a wiadomo, że na jednej poprzestać zbytnio nie można. Kursy i seminaria finansowe to wydatek rzędu kilkuset (500+) złotych, co również niespecjalnie zachęca do sięgnięcia po portfel, zwłaszcza przez osoby mniej zamożne.

Wszystkie te obserwacje sprawiły, że postanowiliśmy przygotować nasz własny kurs finansowy, w którym bez owijania w bawełnę, waląc prosto z mostu, wykładamy esencję wiedzy o finansach osobistych, dzięki której każdy, kto boryka się z przykrymi konsekwencjami błędnych decyzji finansowych, wyjdzie na drogę, na której końcu jest… niezależność finansowa.

Konkrety

Nasz kurs jest przygotowany w taki sposób, żeby zniwelować wszystkie wyżej wymienione problemy z innymi produktami tego typu:

  1. Wiedza jest oparta całkowicie na polskich realiach i jest sprawdzona w polskich realiach. W naszym kursie NIE MA informacji, których nie mógłbyś praktycznie zastosować w Polsce.
  2. Tematyka efektywnego oszczędzania pieniędzy to zaledwie fragment kursu. My jednak podpowiadamy również w jaki sposób efektywnie ZARABIAĆ pieniądze.
  3. „Gryziemy” temat finansów osobistych nie tylko od strony praktycznej, ale także od strony psychologicznej! Pomaga nam w tym Marcin Kijak – ekspert od zmiany osobistej.
  4. Nie tylko kondensujemy typową wiedzę o finansach (odkładaj 10% pensji itp.) w strawne porcje, ale rozszerzamy ją i podajemy przykłady praktycznego zastosowania!
  5. Zgodnie z zasadą Pareto, oferujemy 20% wiedzy dającej 80% MIERZALNYCH efektów. Dzięki temu każdy znajdzie czas na ich poznanie i praktyczne zastosowanie. Kurs to same konkrety, bez lania wody.
  6. Może to nasz błąd, ale nie sprzedajemy marzeń o milionach. Wykładamy kawę na ławę i piszemy o kwestiach finansowych wprost. Po ukończeniu kursu będziesz mieć solidny PLAN DZIAŁANIA, dzięki któremu będziesz na najlepszej drodze do zrealizowania celu, jakim jest… wolność finansowa.
  7. Najlepsze zostawiłem na koniec… nasz kurs oferujemy w bardzo przystępnej cenie (już za chwilę przekonasz się jak bardzo), dzięki czemu jest on dostępny praktycznie dla każdego, komu naprawdę zależy na zdobyciu wiedzy o finansach.

Kurs podzielony jest na dziesięć obszernych lekcji, w których przekazujemy esencję wiedzy o finansach osobistych. Poszczególne porcje materiału wysyłane są na email raz w tygodniu, aby dać każdej zabieganej osobie czas na zapoznanie się z wiedzą i jej wdrożenie. Po ukończeniu kursu wszelkie wątpliwości rozwiewamy podczas konsultacji przeprowadzanych mailowo lub przez Skype.

„Ale Paweł, czy ten kurs jest dla mnie?”

Jeśli doczytałeś do tego miejsca, to jesteś już prawdziwie zainteresowany naszym kursem. Pozostaje tylko uzyskanie odpowiedzi na wspomniane wyżej pytanie: czy ten kurs jest dla Ciebie?

Otóż, ten kurs jest dla Ciebie idealny, jeżeli:

  • jeszcze nie posiadasz wystarczającej wiedzy o finansach osobistych lub chciałbyś poszerzyć znajomość tego tematu,
  • borykasz się z problemami finansowymi i nie bardzo wiesz jak sobie z nimi poradzić,
  • chcesz dowiedzieć się jak efektywnie radzić sobie z finansami osobistymi w polskich realiach,
  • znudziły Cię już oklepane informacje typu „odkładaj 10% pensji” i jej podobne,
  • uważasz, że niezależność finansowa to cel, do którego warto dążyć w swoim życiu,
  • potrzebujesz skutecznego planu na zapewnienie sobie i swoim bliskim godnego życia,
  • masz świadomość, że nie ma co liczyć na pomoc państwa podczas emerytury, ale nie bardzo wiesz jak zorganizować sobie własną,
  • jesteś gotów na skoncentrowany wysiłek, dzięki któremu Twoja sytuacja finansowa z każdym dniem będzie ulegała poprawie.

Zatem, jeśli zgadzasz się choćby z jednym z powyższych podpunktów, już teraz kliknij poniższy link i zapoznaj się ze szczegółami oferty kursu…

„WOLNI FINANSOWO:
Jak, nie zmieniając swojej pracy, z przeciętną pensją,
stać się niezależnym finansowo?”

Dave Ramsey i jego „małe kroczki”

Dave Ramsey to facet, którego nie trzeba chyba nikomu specjalnie przedstawiać na blogu finansowym. Napiszę tylko, że jest autorem ponad dziesięciu książek o finansach osobistych, prowadzi kursy, program radiowy i doradza. Zasłynął jako propagator kredytowej kuli śniegowej, o której niedawno wspominałem na blogu.

Dlaczego o nim piszę? Otóż Dave opracował interesujący program dla osób zainteresowanych finansowym stanięciem na nogi, który moim zdaniem po drobnych przeróbkach, jest bardzo przydatnym planem, możliwym do zastosowania także w polskich realiach.

Program nazywa się „Siedem małych kroczków”, skierowany jest raczej do rodzin, które wpadły w sidła typowego, konsumpcyjnego życia (kredyty konsumpcyjne, hipoteczny, średnie zarobki, jedno-dwójka dzieci, które trzeba utrzymać i wyedukować) i przyświeca mu sprytne hasło:

„Wychodzenie z długów nie dzieje się przez noc, ale wymaga czasu.
Oto siedem małych kroków, dzięki którym nabierzesz rozpędu.”

Wspomniane „kroczki” prezentują się następująco:

  1. Na początku odłóż 1000$ w ramach rozpoczęcia budowy funduszu awaryjnego.
  2. Korzystając z kredytowej kuli śniegowej spłać wszystkie długi oprócz hipoteki.
  3. Skończ budowę funduszu awaryjnego, odkładając równowartość od 3 do 6 miesięcy wydatków.
  4. Inwestuj 15% przychodów w programy Roth IRA i poprzez konta emerytalne.
  5. Zarób pieniądze na edukację Twoich dzieci.
  6. Jak najszybciej spłać kredyt hipoteczny.
  7. Buduj bogactwo i dziel się nim z innymi!

Jak widać, nie jest to skomplikowany program, ale właśnie w jego prostocie tkwi siła. Poniżej prezentuję moją adaptację programu Dave’a do polskich realiów:

  1. Odłóż równowartość miesięcznych wydatków. Wprawdzie Dave sugeruje odłożyć tysiąc dolarów, ale moim zdaniem ma na myśli po prostu rozpoczęcie programu od zaoszczędzenia równowartości miesięcznych wydatków (przy prowadzeniu umiarkowanego stylu życia). Jeżeli nie wiesz, jak sprawdzić ile wydajesz na miesiąc, by zidentyfikować swoją wartość do zaoszczędzenia, zajrzyj do tego wpisu.
  2. Spłać pomniejsze długi. Gdy mamy minimum zabezpieczenia, trzeba zakasać rękawy i jak najszybciej oddać wszystkie pomniejsze długi, które mamy. Na tym etapie jest to najlepsza inwestycja, a kredytowa kula śniegowa jest tutaj najlepszym narzędziem.
  3. Dokończ budowę funduszu awaryjnego. Nie mając długów, szybko odłożymy odpowiedni fundusz awaryjny, zwłaszcza, że będziemy mieli dostęp do środków, które do tej pory szły na spłacanie rat. Ekwiwalent trzy do sześciomiesięcznych wydatków to odpowiedni fundusz awaryjny. Osobiście skłaniałbym się do posiadania rezerw finansowych na pół roku.
  4. Inwestuj 15% przychodów za pośrednictwem IKE. Nie mamy w Polsce takich mechanizmów do oszczędzania na emeryturę, jakie funkcjonują w USA, dlatego zostajemy z IKE. Dobre i to. Co do stosunku odkładanych środków do przychodów, to minimum stanowi podręcznikowe 10%, ale dopóki ciągle będziemy mieć na głowie hipotekę i edukację dzieci, IMHO więcej, niż 20%, nie ma co na tym etapie inwestować.
  5. Pomóż dziecku finansować jego edukację, ale nie bierz wszystkich kosztów na swoje barki. Technicznie w Polsce jesteśmy w lepszej sytuacji, niż Amerykanie, bo edukacja na wyższych szczeblach jest nadal bezpłatna. Jak długo utrzyma się ten stan? Nie mam pojęcia. Warto jednak odłożyć trochę pieniędzy na pomoc pociechom, ale w żadnym wypadku nie zachęcam do finansowania dziecku studiów w całości – takie podejście może mu w dłuższej perspektywie więcej zaszkodzić, niż pomóc.
  6. Jak najszybciej spłać kredyt hipoteczny. Pieniądze na czarną godzinę mamy, dzieci częściowo zabezpieczone, inwestycje w toku… myślę, że jest to najlepszy moment, by pozbyć się ostatniego ciężaru, jakim jest kredyt hipoteczny. Niektórzy tutaj zaproponują spłacanie go swoim tempem i jednoczesne inwestowanie ewentualnych nadpłat w coś bardziej dochodowego, ale ja proponuję podejście hybrydowe: połowa nadwyżek na inwestycje, połowa na nadpłacanie hipoteki. Dzięki temu będziemy motywowani niejako z dwóch stron, ponieważ jednocześnie zmniejszamy zadłużenie i budujemy bogactwo.
  7. Buduj bogactwo i dziel się nim z innymi! Gdy nie ma kredytów, nie pozostaje nic innego, jak tylko powiększać i rozsądnie inwestować swój majątek, spełniać własne marzenia oraz dzielić się nim z innymi. Uważam, że nie ma co budować bogactwa dla samego posiadania pieniędzy – trzeba sprawić, by przynosiły one dobro również innym ludziom.

Czego moim zdaniem brakuje w programie Dave’a? Ubezpieczenia. Uważam, że każdy człowiek, który na poważnie kroczy drogą do finansowej wolności, powinien się ubezpieczyć na wypadek, gdyby losowe zdarzenie miało go z tej drogi usunąć na dłuższy czas lub nawet permanentnie. Różne rzeczy dzieją się w życiach ludzi (vide ostatnia powódź) i utrata dorobku całego życia oraz konieczność zaczynania od zera w wieku czterdziestu – pięćdziesięciu lat może wielu wpędzić w depresję. Ubezpieczenie, za frakcję generowanych przychodów, pozwoli uchronić się przez takimi wypadkami i umożliwi pewniejsze kroczenie przez życie.

Tak w skrócie przedstawia się moje spojrzenie na „małe kroczki” Dave’a przez pryzmat polskich realiów. Może masz inne pomysły lub hierarchię kroków? Podyskutujmy.

Ile jest warte 100 złotych pasywnego dochodu?

W dzisiejszym wpisie gościnnym Dariusz Tryba, przedsiębiorca internetowy oraz administrator serwisu CzyToSieOplaca.pl, rozważa wartość stu złotych pasywnego przychodu.

Czy 100zł miesięcznie to dużo? Jedni powiedzą, że zależy dla kogo, inni że tak, jeszcze innym taka kwota wyda się śmieszna.

A gdybyśmy przyjęli założenie, że te 100zł jest w całości dochodem pasywnym, który otrzymujesz miesiąc w miesiąc bez kiwania palcem? Ile wówczas takie źródło pasywnego dochodu może być warte?

Sposoby na wycenę mogą być różne. Można na przykład zastanawiać się, ile kosztowało by stworzenie takiego źródła od zera, próbować oszacować tę kwotę i przyjąć ją jako wycenę. Innym podejściem, z jakim można się czasem spotkać (na przykład przy wycenianiu serwisów internetowych), jest pomnożenie tej kwoty przez 12 (jako dochód roczny), co dało by nam w rezultacie 1 200zł.

Moim zdaniem wszystko zależy od tego, jakie masz alternatywy do swojej dyspozycji. Dla wielu osób jedynym dostępnym źródłem pasywnego dochodu, które jest w stanie miesiąc w miesiąc generować pewne zyski, jest lokata bankowa.

Ile więc pieniędzy trzeba by było mieć ulokowane w banku, aby otrzymywać miesięcznie 100zł odsetek?

Załóżmy przeciętne oprocentowanie lokaty 5% rocznie i uwzględnijmy podatek Belki. Po wykonaniu kalkulacji otrzymujemy wynik:

potrzebny kapitał: 29 629,61 zł

Czyli jest to prawie trzydzieści tysięcy!

Oczywiście jeżeli znasz lepsze sposoby na uzyskiwanie wysokiego zwrotu z zainwestowanego kapitału, to automatycznie kwota ta się zmniejsza.

Na przykład dla 7% jest to już 21 164,03 zł, a dla 10% 14 814,82 zł.

Zobaczmy jednak co się dzieje, gdy kwota pasywnego dochodu jest większa.

Na przykład gdy uzyskujesz miesięcznie 4500zł, to na lokacie 7% musiałby leżeć prawie milion (kalkulacja).

Czy więc biznes dający miesięcznie pasywne tysiące wart jest miliony? Zapewne taka wycena zależy od punktu widzenia, ja jednak lubię patrzeć
w ten sposób na swoje przedsięwzięcia.

Jeżeli chciał(a)byś opublikować na Oszczędzaniu swój wpis gościnny, zajrzyj na tę stronę.

Pasywny dochód i niezależność finansowa raz jeszcze

Jakiś czas temu przeprowadziłem dwuczęściowy wywiad z Sebastianem Schabowskim – jednym z niewielu Polaków, który w bardzo młodym wieku osiągnął wolność finansową. Niefortunnie się złożyło, że w czasie, gdy wywiad był zaplanowany do opublikowania, byłem w podróży, zatem nie mogłem się podzielić swoimi przemyśleniami w tym temacie oraz podyskutować z komentującymi.

Dzisiejszy wpis jest próbą ustosunkowania się do wielu komentarzy (padł wtedy chyba rekord bloga! – serdecznie dziękuję za każdy komentarz), jakie pojawiły się przy okazji tamtych wpisów. Mam nadzieję, że dzięki temu będziemy się w przyszłości lepiej rozumieć.

Zatem, po kolei…

Magdalaena: „Naprawdę ludzie wybierają konkretne profesje nie tylko jako źródło pieniędzy, ale także dlatego że taka praca przynosi im satysfakcję, daje uznanie wśród innych. NIGDY nie spotkałam scenariuszy wolności finansowej dotyczących ludzi, którzy robili zawodowo coś konkretnego, co dawało im satysfakcję.”

Nie demonizowałbym tak wyboru zawodu, zwłaszcza że większość ludzi kończy studia o jednym kierunku, a pracuje wykonując zupełnie inne zajęcie.

Odnośnie ludzi, którzy dzięki wykształceniu i wykonywanemu zawodowi uzyskali wolność finansową, również nie byłbym taki… przekonany. Wszyscy znamy przykłady ludzi takich, jak Steve Jobs, Bill Gates, Warren Buffet, Siergiey Brinn, Larry Page i wielu wielu innych, którzy dorobili się dzięki pracy i teraz są rentierami, poważnymi inwestorami lub pracują – w znaczeniu: robią to, co lubią – za dolara rocznie.

Mirabelka: „W wielu amerykańskich poradnikach sprawy te są propagowane właściwie jako jedyna możliwa i godna polecenia droga życiowa.”

Zgoda, ale jeżeli ktoś czytał klasykę amerykańskiej literatury „finansowej” autorstwa Joe Domingueza i Vicki Robin pt. „Your money or your life”, to nigdy w życiu nie uzna ich (tych spraw), jako jedynego sposobu. Podobnie, najnowsza książka (żeby nie było, że opieram się na starociach) Ramita Sethiego pt. „I will terach you to be rich” wcale nie stawia nie pasywny dochód. Możliwości jest wiele, choć do naszego kraju dociera tylko ułamek tego amerykańskiej literatury, na podstawie którego wielu ludzi wyrabia sobie właśnie takie, jak Twoja, opinie.

Magdalaena: „Rozumiem, że prowadzenie własnej firmy ma pewne plusy i że są ludzi, którym taki sposób życia odpowiada.
Ale stanowczo się sprzeciwiam generalizacjom, że ludzie którzy wybrali działalność na własną rękę są lepsi.”

W żadnym wypadku przedsiębiorca nie jest lepszy. Tutaj bardziej chodzi o to, że – w porównaniu do pracownika etatowego – ma o wiele większą swobodę. Fakt, trzeba o nią zadbać, ale definitywnie warto.

Nemo: „Stary dowcip – nieco zmodyfikowany: Jak uzyskać dochód pasywny? Zaoferuj kursy o tym jak uzyskać dochód pasywny. Na pewno się nie zawiedziesz.”

Tu się uśmiałem. Pozytywnie, rzecz jasna. Masz Nemo oczywiście rację, ale prowokujesz jednocześnie jedno pytanie: skoro masz gotową receptę na własny pasywny dochód (uczyć innych jak go zdobyć), to… dlaczego jej nie wykorzystasz?

Kamil: „Widać to dobitnie w ostatnim pytaniu, gdzie daje nam swoja genialną, sekretną rade i odłożeniu środków na rok życia. Mogę się założyć ze 95% czytelników tego bloga wie o tym doskonale bo nie obce jest im pojecie funduszu awaryjnego, ale przecież taka nazwa dobrze się nie sprzeda.”

Nie docenisz tej rady dopóty, dopóki faktycznie nie odłożysz tych pieniędzy.

Joanna: „Myslę, że wywiad jest słaby. Pytania są mało szczegółowe, więc i odpowiedzi są także ogólnikowe. Dużo w nim sensacji, promocji i wodolejstwa niestety. No i mało o samym oszczędzaniu. Trochę żałuję czasu, który poświęciłam na jego przeczytanie.”

Dzięki za krytykę. Jeżeli kiedykolwiek przeprowadzisz swój własny wywiad z wolną finansowo osobą, a nie będziesz miała go gdzie opublikować, służę blogiem.

PP: W wywiadzie brakowało mi konkretów, w jaki sposób można osiągnąć finansową niezależność.”

Rozwijać się, odłożyć pieniądze na fundusz awaryjny, zidentyfikować potrzeby innych ludzi, założyć własny biznes, który będzie je realizował i zautomatyzować go, by był jak najbardziej pasywny – ile jeszcze konkretów potrzebujesz, drogi PP?

PP: „Także Pana Sebastiana (który ma chyba aż jeden pomysł w postaci kursu językowego, poza radzeniem) należy wrzucić do jednego wora z Kiyosakim (mistrz gatunku – 0 [zero] wdrożonych ogólnikowych rad), Pavliną (powiedzmy pół rady – żona świadczy usługi konsultingowe o tym jak rozmawiać z duchami przodków) i Ferrisem, który handluje suplementami dla pakerów (w stylu Mutant Mass). Chyba jednak “zwykły” biznes nie przynosi im wszystkim zbyt dużego dochodu, gdyż swą główną działalność skupiają na radzeniu innym jak zostać rentierami.”

A Ciebie z kolei można wrzucić do wora z resztą malkontentów, którzy tylko narzekają. Każdego można zaszufladkować. Zamiast kpić z ludzi, którzy są niezależni finansowo, zapoznaj się z ich przesłaniem i wykorzystaj w swoim życiu to, co Ci najbardziej odpowiada. Zresztą, pisał o tym Menedżer.

Richmond: „Ja tez mam oszczednosc i na pare lat zycia, ale nie mam zamiaru z nich korzystac. Mam je nawet podzielone na oszczednosci podreczne, drugiego stopnia i zelazny zapas. Dzieki temu odczuwam komfort psychiczny i nie martwie sie w ogole sprawami finansowymi.”

I niech mi ktoś teraz powie, że posiadanie solidnego funduszu awaryjnego jest „be”… ;-)

Matipl: „Zawsze znajdą się ludzie zazdrośni, niedowierzający itp. Nawet jeśli taki p. Sebastian potrafi sprzedawać coś z niczego to należą mu się gratulacje.”

Dokładnie. Żeby było wesoło KAŻDY z nas może to robić, a jednak większość ludzi wybiera przede wszystkim ciułanie na etacie. Etat jest OK, jak się ma nie pewną sytuację, bo daje stały dochód, ale sam w sobie nie jest ani pewny, ani nie pozwoli na lepsze i swobodniejsze życie.

Kilka słów na koniec…

Będę absolutnie szczery: moje poglądy są w synergii z poglądami Sebastiana, Marcina-Rentiera, Tima Ferrissa, Boba Kiyosaki, Dave’a Bacha, Roberta Allena, Briana Tracy i wielu innych mniej lub bardziej znanych osób. Wprawdzie nie będę za pomocą bloga nikogo indoktrynował i do niczego zmuszał, to nie mam również ochoty tłumaczyć nikomu dlaczego uważam tak, a nie inaczej. Poszukuję konstruktywnej dyskusji, która nie będzie polegała na „odbijaniu” kontrargumentów, czy oczernianiu ludzi, z których filozofii czerpię, ale takiej, dzięki której zarówno rozmówcy, jak i ja, poczynimy w naszych życiach szeroko pojęty krok do przodu. Zatem, jeżeli poglądy prezentowane przez te osoby Ci nie odpowiadają, być może lepiej będzie, jeżeli zrezygnujesz z lektury Oszczędzania. Jeżeli jednak jesteś otwarty na inne, niż standardowe, podejście do życia, pracy oraz finansów – dodaj ten blog do czytnika RSS, a nie pożałujesz.

Podyskutujemy?