Samozatrudnienie okiem praktyka

Na Oszczędzaniu nie raz i nie dwa pojawiały się w komentarzach dyskusje o tym, czy lepiej pracować na swój własny rachunek, czy zatrudniać się na etacie. Zdania są podzielone: jedni wybierają etat ze względu na pewnego rodzaju bezpieczeństwo i stabilność, którą zapewnia; inni nie chcą pracować na kogoś za najniższą stawkę i wybierają samozatrudnienie.

Dzisiejszy wpis będzie właśnie o samozatrudnieniu, a konkretniej: jego wadach i zaletach. Autorem postu jest Piotr Sadowski, prowadzący m.in. serwis RevolWEB oraz znany w sieci pod pseudonimem Uranik. Piotr ma „za pasem” 12 lat praktycznego doświadczenia w pracy na własny rachunek, dlatego warto zapoznać się z tym, co ma do powiedzenia – zwłaszcza, gdy wahasz się, czy przejść na samozatrudnienie czy pozostać na etacie.

Czym jest samozatrudnienie? Jak podaje Wikipedia, samozatrudnienie to sytuacja, w której osoba fizyczna podejmuje działalność gospodarczą na własny rachunek i na własne ryzyko.

Oddaję głos Piotrowi…


Od 12 lat tworzę strony internetowe i projektuję grafikę, a od 3 lat prowadzę oficjalną firmę dla tej działalności. „Samozatrudniam się” jako grafik i webdeveloper, resztę zadań zlecam podwykonawcom. Firma jest moim głównym źródłem zarobków. Gdy tylko komuś opowiem, na czym polega moja praca – zaczynają się „ochy i achy” – jak to fajnie się ustawiłem, że mogę pracować gdziekolwiek i kiedykolwiek, że zarabiam ile chcę itd. Tymczasem taki model życia wcale nie musi być lepszy od typowego etatu.

Dlaczego?

Poniżej zestawiam krótko opisane zalety i wady mojego modelu życia. Polecam ich przeczytanie i przemyślenie każdemu, kto chce zacząć w ten sposób żyć i pracować.

Zacznę od zalet:

  1. Dowolność miejsca pracy – rzeczywiście, teoretycznie mogę pracować wszędzie tam, gdzie tylko jest Internet (nawet taki przez komórkę). W domu, u dziadków na działce, w pociągu itp.
  2. Dowolność czasu pracy – jeśli nie uwzględniać deadline’ów, pracuję kiedy chcę – wieczorem, w nocy, w weekendy, czy w święta… i nie pracuję, gdy nie chcę (np. poniedziałki są u mnie wolne – nie pracuję w ten dzień tygodnia).
  3. Codzienna dostępność bez limitów – to także i wada (szczegóły poniżej), ale niewątpliwie dużym atutem jest możliwość załatwienia dowolnej sprawy o dowolnej porze dnia, lub możliwość wyjechania na kilka dni nawet w środku tygodnia.
  4. Brak szefów. Jestem panem swojej pracy, nikt mi nie rozkazuje, nie wymaga, nie pogania. Świadomość, że pracuję tylko dla siebie jest dość fajna i mnie motywuje.
  5. Odliczanie podatku od firmowych materiałów, sprzętów i usług dla firmy. Osoba prowadząca działalność gospodarczą może od przychodów odliczać wszystkie wydatki, choćby pośrednio związane są z pracą. Dotyczy to PITu i VATu. Na pierwszy rzut oka nie widać tych oszczędności, ale chwila z kalkulatorem udowadnia, że są one spore.
  6. Możliwość szybkiego rozszerzenia działalności o dowolny biznes. Wymaga to szerokiego wpisu w indeksie PKD podczas zakładania firmy, ale jeśli ktoś już to zrobi – może w każdym momencie wystartować interes w niemal każdej branży która nagle okaże się przynosząca zyski.
  7. Codzienne „trenowanie” umysłu. Rozwiązywanie problemów organizacyjnych, śledzenie nowinek, rynku, branży, rynków finansowych i giełdy to niezłe ćwiczenia na twórcze myślenie. Kombinowanie, obliczanie, wymyślanie pomysłów – to kształci. Poza tym na pewno nie popadnę w marazm, jak niektórzy na bezmyślnym etacie.
  8. Możliwość „sprężenia się” i generowania jednorazowo dużej kwoty pieniędzy – w ”dobrym miesiącu” zarobki są proporcjonalne do ilości pracy, a ilość pracy jest prawie niczym nieograniczona. Mogę wtedy śmigać 20h na dobę przez trzy tygodnie i zarobić szybko naprawdę sporo.
  9. Firmę można sprzedać – to powinien być podpunkt do punktu 4. Dobrze wiedzieć, że firma i promowane przez nią marki a także produkty, mają swoją wartość. W sytuacji patowej całość, lub część – można spieniężyć (choć mam nadzieję że nigdy do tego nie dojdzie).
  10. Jestem z siebie dumny. Odpowiadając na pytanie o to czym się zajmuję – odczuwam dumę i samozadowolenie. Utrzymanie własnego biznesu wymaga rozwoju i wykorzystania wielu cech osobowości i charakteru które zawsze chciałem mieć. Bywa różnie, ale firma się trzyma – co udowadnia, że te cechy posiadam i kształcę. I właśnie to niesamowicie mnie motywuje i daje dużo energii.

Teraz wady (których wypisanie idzie mi, o dziwo, o wiele łatwiej):

  1. Uciążliwość „papierków”. Rozliczenia wewnętrzne, fakturowanie, księgowanie, rozliczenia z Urzędem Skarbowym, pilnowanie przelewów i płatności Klientów – to zadania nader uciążliwe, praco- i czasochłonne. Po roku samodzielnej męczarni, zatrudniłem księgową, z którą tak czy owak muszę się spotykać co miesiąc i oczywiście płacić. Co do opłat:
  2. Koszty – są duże. Najbardziej boli ZUS (około 850zł miesięcznie), do tego podatek PIT, podatek VAT, opłaty księgowe i inne. Razem od 1000 do 2000zł miesięcznie… i rośnie z miesiąca na miesiąc. Na to wszytko firma musi zarobić i jeszcze wypracować zysk. Co nas prowadzi do kolejnego punktu:
  3. Niejednorodne zyski. Czasem trafi się kilka dużych zleceń, czasem jedno małe w ciągu miesiąca. Przekładając na finanse: Firma może zarobić 10k w miesiąc, a potem przez 3 miesiące generować straty (często jest tak przez wakacje). Nidy nie wiesz ile tak naprawdę zarabiasz miesięcznie, zawsze musisz odkładać część kasy, by mieć na pokrycie słabsze miesiące w przyszłości.
  4. Brak dodatkowych świadczeń socjalnych i bonusów finansowych – etatowcy mają dodatkowe ubezpieczenia, wyjazdy, szkolenia, wakacje, posiłki, ochronę lekarską itp., a także bonusy finansowe typu „trzynastka”, premie, dodatkową kasę za przepracowane lata, i wiele innych… Ja nie mam nic z tych rzeczy, dopóki sam sobie nie zorganizuję. A wtedy płacę za to sam. Osoba „samozatrudniona” nie podlega także ochronie ustawowej prawa pracy. Konsekwencją tego jest brak płatnego urlopu i zasiłku chorobowego przez pierwszy miesiąc choroby.
  5. Pracuję tak naprawdę cały czas. Zasypiając myślę o projektach i planuję kolejny dzień pracy. Codziennie zbieram inspiracje, robię zdjęcia i szkice różnych prac, graffiti, fajnych reklam, ciekawych projektów itp. Oczywiście jest to moja pasja i fascynacja, ale to też męczy. I nie umiem się od tego uwolnić – moje życie obraca się wokół firmy, zleceń i projektów. Zazdroszczę tym, którzy od 8:00 do 15:00 pracują, a potem wracają do domu i mają wszystko w d. Na razie jeszcze tego nie czuję, ale jeśli w przyszłości nie nauczę się oddzielać spraw prywatnych od firmowych, moja przyszła rodzina będzie na tym cierpieć.
  6. Codzienna dostępność bez limitów (tak, to było także w zaletach) – wiedząc, że z pracy mogę się urwać o każdej porze, niektóre osoby (głównie z rodziny) próbują to świadomie lub nieświadomie wykorzystać, myśląc, że nic na tym nie tracę. Mogę przecież załatwić coś na poczcie, zrobić zakupy, odebrać komuś dziecko itp. – to tylko godzinka i nie muszę nikogo prosić o pozwolenie na wyjście… Odrobina asertywności wystarczy, aby odmówić wykonania większości takich przysług, jednak nie wszyscy i nie zawsze to rozumieją – i wychodzi na to że jestem niewdzięcznym zarozumialcem.
  7. Nie mam referencji. Prowadzenie własnej firmy przez X lat nie będzie dobrą referencją, gdybym kiedyś z jakichś powodów chciał przejść na etat. Lepiej wygląda w CV i w listach rekomendacyjnych kilka dużych firm. HR’owcy wiedzą także, że tacy byli przedsiębiorcy nie są przyzwyczajeni do zwierzchnictwa i reżimu, przez co mogą sprawiać kłopoty.
  8. Nie awansuję. W dużej firmie, pnąc się po drabince, w sprzyjających okolicznościach można dorwać posadę, w której robi się niewiele, a zarabia dużo. Ja mam nikłe szanse się tak ustawić, przynajmniej przez kilka/naście następnych lat.
  9. Odpowiedzialność. Jeśli coś sknocę, to ode mnie Klient będzie żądał naprawy/zadośćuczynienia, a nie od szefa czy zakładu pracy. A ja ryzykuję całym swoim majątkiem (a spółka z.o.o. wcale nie jest wystarczającym zabezpieczeniem, jak sądzą niektórzy).
  10. Motywacja, a właściwie jej brak. To największy problem. Okazuje się bowiem, że czasem szef by się przydał. Pogoniłby do roboty – zastraszył, zaszantażował lub nagrodził. Nikogo takiego nie ma i do pracy muszę się zmuszać sam. Bywa, że jest to baaaaaaaaaardzo trudne.

Większych lub mniejszych zalet lub wad jest o wiele więcej – wymieniłem tylko te, które wydają mi się najważniejsze i które „męczą” mnie najczęściej.

Nie lubię rozwlekać tematów, więc – szybko podsumowując: własny biznes to niełatwy, ale bardzo satysfakcjonujący kawałek chleba. Taki styl pracy odpowiada wielu osobom i jeśli czujesz że to coś dla Ciebie – zbierz odwagę i po prostu rozpocznij swój biznes. Jeśli jednak chcesz skutecznie separować od siebie życie prywatne i pracę – wybierz etat.


Jakie są Twoje przemyślenia po lekturze artykułu Piotra? Czy przekonał Cię do rzucenia etatu? A może utwierdził w tym, że lepiej się go trzymać? A może masz inne zdanie na niektóre podpunkty? Napisz komentarz.

25 myśli nt. „Samozatrudnienie okiem praktyka

  1. Polecam wszystkim książkę „Mit przedsiębiorczości” – jest tam dokładnie opisane jak oddzielić firmę od życia prywatnego.

  2. Jak to spółka z.o.o. wcale nie jest wystarczającym zabezpieczeniem chroniącym prywatny majątek? Mogę prosić o wyjaśnienie?

  3. Artykuł jest całkiem niezły, między innymi ze względu na brak hurraoptymistycznego podejścia do samozatrudnienia i przekonania, że zawsze będzie się młodym i zdrowym, a firma zawsze będzie przynosić zyski.

    "7. Codzienne „trenowanie” umysłu."

    "10. Jestem z siebie dumny. "

    Mam wrażenie, że te punkty w ogóle nie są związane z prowadzeniem działalności gospodarczej. To jest po prostu kwestia rodzaju wykonywanego zajęcia i tego jak dana osoba to zajęcie postrzega. Znam mnóstwo osób ( i ja taka mam!), których praca na etacie wymaga ciągłej aktywności intelektualnej i które są dumne z tego co robią.

    Zapewne są też przedsiębiorcy, którzy codziennie mechanicznie powtarzają te same czynności i którzy trochę wstydzą się swojej firmy.

  4. tak żeby się przyczepić do detali etat to niekoniecznie najniższa stawka :) co nie zmienia faktu, że jednak więcej niż w umowie nikt ci nie da no chyba, że masz niesamowite szczęście posiadać szefa, który da.

    w sumie spoko lista plusów i minusów aczkolwiek uważam, że wszelka szeroka dyskusja o przewadze etatu nad samozatrudnieniem i vice versa nie ma sensu. powód: wszyscy uczestnicy owej dyskusji musieliby się pospowiadać z każdej intymności powodującej, że są za lub przeciw danej opcji. przykładowo mówię "etat bo bezpieczny" i w sumie należało by wyjaśnić czemu bezpieczny dla ciebie. bo okres wypowiedzenia? bo ubezpieczenie? bo związki zawodowe? to wszystko są "dary" od abstrakcji zwanej państwem więc mogą w każdej chwili zostać odebrane.

    ale wracając do Piotra i jego firmy trzeba pogratulować długiego stażu "na swoim" i widocznej trzeźwości w spojrzeniu na świat i na swoje życie. no i życzyć przynajmniej kolejnych 12 lat prosperity :)

  5. Arek:

    Spółka, która z jakichś powodów popadła w kłopoty, spłaca długi majątkiem spółki. Jeśli dla strony poszkodowanej jest to mało, może na drodze sądowej-cywilnej żądać zadośćuczynienia z majątku prywatnego prezesa i zarządu – bo w końcu to oni odpowiedzialni są za takie a nie inne "zachowanie" spółki, a to może być podstawą do oskarżenia. Oczywiście to skrajny przypadek, ale teoretycznie możliwy, zatem majątek prywatny wcale nie jest bezpieczny.

    Magdalaena:

    Dla mnie punkt 7. i 10. jest niewyobrażalny w sytuacji, gdy pracowałbym dla kogoś. Myślę, że pracując na etacie raczej czułbym się zdemotywowany i (nawet podświadomie) szukałbym okazji żeby się obijać, niż trenować umysł i się rozwijać. Podobnie – nie odczuwałbym żadnej dumy, a raczej zniechęcenie do samego siebie. Oczywiście to moje subiektywne zdanie i być może się mylę – ale artykuł napisałem właśnie z mojej perspektywy :)

    grapkulec:

    Dzięki za docenienie i za życzenia. :)

    Do tego wszystkiego należałoby jeszcze dodać, że w Polsce jest ogólnie trudniej i sytuacje często są hardkorowe. Często jest na przykład tak, że ludzie się cieszą w ogóle z etatu, nie patrząc nawet na pensję.

    Zgadzam się, że dyskusja o wyższości etatu nad firmą (lub odwrotnie) jest jak dyskusja o wyższości jednych świąt nad drugimi. W Sieci panuje taka hurraoptymistyczna opinia, że posiadanie własnego biznesu jest takie super – a właśnie nie jest, i głównie to chciałem przekazać, pisząc posta.

  6. Grapkulec: „tak żeby się przyczepić do detali etat to niekoniecznie najniższa stawka :)” — Słuchałem parę lat temu audiobooka Briana Tracy i padło w nim takie stwierdzenie: „Twoja praca jest warta tyle, ile ktoś jest gotów za nią zapłacić i ani dolara więcej”. Żaden przedsiębiorca nie będzie bez ważnego powodu płacił więcej za coś, co może mieć za mniej. A jeżeli zapłaci więcej, to albo ma solidny powód albo nie zna się na prowadzeniu biznesu.

    Darek: „Polecam wszystkim książkę „Mit przedsiębiorczości” – jest tam dokładnie opisane jak oddzielić firmę od życia prywatnego.” — przekonałeś mnie do zakupu swojego egzemplarza. Zapowiada się interesująco.

  7. Samozatrudnienie jest fajne i wygodne jeśli polega na sprzedawaniu czasu
    - stałe zlecenie-kontrakt (np. do 150-200h/mies , 1h kosztuje tyle a tyle).

    Jeśłi robisz całe projekty to lepiej założyć spółkę i robić projekty ze wspólnikami lub nająć stałych podwykonawców/pracowników.

  8. Nie wiem jak jest na samozatrudnieniu bo nigdy tak nie pracowałem, ale wiem jak jest na etacie gdyż przerabiałem to chyba u … 6-7 pracodawców.

    Moja przygoda z pracą w korporacji zaczęła się gdy skończyłem szkołę średnią i zaczęły się wakacje. Postanowiłem pokazać, że jestem osobą dorosłą i złożyłem swoje ubogie cv w średniej wielkości zakładzie produkującym bankomaty (można powiedzieć, że zaczynałem od bankowości ;-P ) . To były długie 3 miesiące, gdyż nie tak wyobrażałem sobie sposobu na zarabianie pieniędzy (chociaż wtedy 900zł było dla mnie czymś nie do ogarnięcia).

    Nie wiem, czy ktoś z Was pracował na taśmie przez 8 godzin wykonując przez cały czas tą samą czynność, ale ja potrzebowałem aż 3 takich zakładów pracy aby przekonać się, że nie wyobrażam sobie siebie za 15 lat w tym miejscu – przy taśmie.

    Wtedy jednak nie miałem wyboru ponieważ zaczynałem studia a dla pracodawcy ktoś z maturą po bez wykształcenia technicznego to po prostu tępak nie stworzony do pracy!

    Później nastąpił zwrot o 180 stopni: Dostałem się na stanowisko referenta w firmie handlowo – usługowej. Przez 8 godzin: biurko, papiery, komputer, faktury, biurko, papiery…..

    Pół roku i jeszcze trochę a wymagał bym leczenia z depresji! Wtedy przekonałem się, że siedzenie przy biurku (o czym kiedyś marzyłem siedząc przy taśmie) to też nie dla mnie!

    Od 2 lat moja praca polega na prowadzeniu szkoleń z zakresu profilaktyki w szkołach. Pracuję w ośrodku jako realizator programów profilaktycznych i nie zamieniłbym tej pracy na żadną inną.

    Ponieważ każdy dzień jest inny, inni ludzie, miejsca to nie ma mowy o rutynie czy wypaleniu zawodowym.

    W chwili obecnej nie zdecydował bym się na samozatrudnienie gdyż czuję, że się spełniam w tym co robię a przy okazji dobrze zarabiam pracując 60-70 godzin miesięcznie.

    Jeżeli ktoś miał w życiu przykre wspomnienia związane z etatem – będzie próbował samozatrudnienia i odwrotnie.

    Czasami trzeba poszukać, przekonać się na własnej skórze i zdecydować samemu, ponieważ nikt nie powinien wpływać na naszą decyzję – tylko my sami.

  9. Niestety założenie własnej, samodzielnej firmy nie jest lekarstwem na całe zło. A powoduje przez pierwsze lata o wiele gorsze warunki niż etat/kontrakt

  10. andrre – jak przyjemnie przeczytać wpis, kogoś kto czerpie satysfakcję z tego co robi :-)

  11. Matipl: lekarstwem nie jest, ale po tych pierwszych latach, o których wspominasz, masz o wiele lepsze perspektywy, niż na etacie. Zakładając oczywiście niezbędne minimum włożonego wysiłku ;-)

  12. matipl: Na początku właśnie nie jest źle – ZUS przez pierwsze dwa lata wynosi około 40% pełnej stawki, możliwość amortyzacji kosztów też robi "swoje" w domowym budżecie. Problemem jest właściwie tylko posiadanie Klientów. Jeśli do otwarcia firmy odpowiednio się przygotujesz, pierwsze dwa lata istnienia firmy mogą okazać się najlepszym okresem finansowym od dawna.

  13. @Paweł: Zgoda, ale mało kto ma w sobie żyłkę przedsiębiorczości. A państwo tylko wciska to w łeb zwykłym ludziom dając pieniądze na start własnego biznesu.

    Spójrz na statystyki, po pierwszym roku większość działalności gospodarczych jest zamykana….

    A jeśli masz żyłkę, i nie chcesz żyć jak na etacie to musisz naprawdę wiele wysiłku w to włożyć, najlepiej nie mając jeszcze rodziny.

  14. Matipl, co kto lubi/potrafi. Ja tam, jako utrzymujący się z pół-pasywnego dochodu freelancer, za etatem na razie nie tęsknię. Za to pieniądze od państwa to bym chciał, ale – niestety – jestem za młody i sam się utrzymuje, więc dla PUP jestem na końcu kolejki.

    "Spójrz na statystyki, po pierwszym roku większość działalności gospodarczych jest zamykana…" — no tak, ale co z tego? Ludzie mają nie próbować? ;-) Poza tym przecież można ciągnąć etat i firmę jednocześnie, a w tej kombinacji koszty DG są dość niskie.

    Myślę, że o generalnym "warunie" samozatrudnienia i statystykach moglibyśmy pisać i pisać, a i tak decyzja nadal będzie subiektywną sprawą jednostki i będzie zależała od masy różnych spraw. Piotr przedstawił swoje spojrzenie i mam nadzieję, że dla osób rozważających ten wariant będzie ono pomocne w podjęciu decyzji.

  15. @Paweł: pamiętaj tylko, że nie każdy jest zaradny, jak Ty, ja czy kilka innych osób, które czytają nasze blogi.

    Większość ludzi jest nastawionych na szybką kasę. I trzeba pamiętać, że wszystko ma swoje "przeciw", mimo że w mediach to landrynkują i mało kiedy zauważają, że ponad połowa firm w krótkim czasie jest ZAMYKANA.

  16. Wpis bardzo ciekawy. Na pewno nie wyczerpuje do końca tematu, bo takie wady i zalety są zawsze uzależnione głównie od konkretnej sytuacji osoby. Jednak daje na pewno podstawę do kilku przemyśleń dla osób, które dotychczasowy pracodawca namawia na przejście na samozatrudnienie, a nie mają perspektywy własnych doświadczeń i opierają się tylko na zasłyszanych/przeczytanych informacjach…

  17. @Arik: Jeśli pracodawca jest fair, mamy do niego zaufanie to przejście na własną działalność otwiera wiele możliwości zaczynając od większej zostawionej kasy we własnym portfelu.

    Ale jeśli nie mamy zaufania do pracodawcy, a on nalega i nalega…To nieraz warto rozejrzeć się za inną pracą, ponieważ nieraz spotkałem się że po przycięciu kosztów dzięki samozatrudnieniu, po pół roku, roku firma z Ciebie rezygnuje…

  18. IMHO jeśli pracodawca "namawia na samozatrudnienie", to najczęściej jest to po prostu próba ominięcia prawa tj. korzystania z usług pracownika przy zmniejszeniu praw tego drugiego (urlopy, nadgodziny, zasiłki) i zmniejszeniu kosztów dla pracodawcy.

  19. @Magdalena: wszystko zależy od sytuacji.

    Najczęściej spotkałem się, że "zmniejszone koszty pracodawcy" to tak naprawdę nasza podwyżka. A urlopy są odpowiednio dogadane.

    Ale nieraz zdarza się jak piszesz, w najgorszej sytuacji. Pracodawca tnie koszty…tnie, najpierw samozatrudnienie. A jak już jesteś, to można Cię łatwiej zwolnić jeśli nadal będą ciąć koszty w firmie.

  20. Sama w obecnej chwili najprawdopodobniej przejdę na samozatrudnienie. Jednakże jest to poparte nie tylko pewnym (zawsze ograniczonym!) zaufaniem do pracodawcy, praktyką powszechnej w mojej firmie (większość to osoby samozatrudnione), jak i zwykłą znajomością podatkowo-księgowych spraw (tym się m.in. zawodowo zajmuję).

    Samozatrudnienie oznacza przy tym przede wszystkim znaczną podwyżkę dla mnie ( i zazwyczaj tak jest przy przejściu, bo przy podobnym koszcie dla zatrudniającego pracownik dostaje więcej realnie pieniędzy na rękę), ale i oszczędności w postaci wliczenia w koszty wydatków, które i tak ponoszę w związku z obecną pracą (dojazdy, dokształcania, sprawy urzędowe, telefony i mnóstwo biurowych pierdół które jednak zabierają z czasem pieniądze z portfela) – a nie mam żadnej możliwości podatkowej ich odliczenia. Niestety tak bywa, że osoba pracująca płaci jedne z największych danin od swojego wynagrodzenia.

  21. Arik, a jak długo zajmujesz się tym co robisz?

    Ja pracując w księgowości (od 5 lat łączę etat z działalnością) nie wyobrażam sobie rezygnacji z etatu. Na dzień dzisiejszy to pracodawca ma obowiązek mnie doszkalać (w dziedzinie jaką są zmieniające się przepisy jest to konieczne), oprócz dojazdu do pracy nie mam żadnych innych kosztów związanych z etatem. Nie rozumiem jak do etatu ponosisz koszty dokształcania i biurowych pierdół? Takie coś pracodawca jest zobowiązany ci zapewnić.

    Ja w każdym razie po 5 latach łączenia działalności z etatem nadal nie jestem w stanie wybrać co jest lepsze.

    Plusy etatu:

    - stały dochód

    - płatne zwolnienia i urlopy

    - niezbędne szkolenia i kursy

    zapewniają mi spokój psychiczny, z którego na dzień dzisiejszy nie jestem w stanie zrezygnować :)

  22. Jak ponoszę koszty dodatkowego dokształcania? Bardzo prosto, bo u mnie są przede wszystkim dwa rodzaje kosztów. Szkolenia i aspiracje zawodowe.

    W naszym kraju jest tak, że jak ktoś nie zobaczy czegoś ciekawego w papierach, to bez znajomości (których raczej nie mam), raczej nie masz szansy chociaż prezentacji swojej wiedzy i umiejętności. Co z tego, że w mojej pracy mamy masę wewnętrznych szkoleń, skoro kiedy zmienię pracę nie będę miała na to żadnego potwierdzenia? Moje CV będzie wyglądało jak wygląda, jeżeli poza pracą nie postaram się o dodatkową wiedzę i papierki, nawet na potwierdzenie tego, co funduje teraz pracodawca. Bo z góry zakładam, że nie zostanę na wiele lat u obecnego. Nie chcę mieć wielkiej wiedzy, której nie mogę niczym potwierdzić, samych etatów w firmie XYZ.

    Irytuje, że za potwierdzeniem tego, co i tak już wiesz, albo szef ci zapewnia, trzeba się nalatać, nachodzić i czasem zapłacić, ale w końcu szef nie jest zainteresowany wydawaniem pieniędzy na zewnętrzne szkolenia – a nuż pracownik z zapewnioną mu na jego koszt wiedzą w CV poleci do konkurencji. Mój na punkcie takiego scenariusza jest przeczulony…

    W obecnej firmie pracuję trzeci rok, nieco zmieniłam dziedzinę specjalizacji w niej na małe DG, przekształcenia spółek cywilnych, etc.. Poprzednio przez kilka lat pełna rachunkowość w firmie elektronicznej, rozliczenia w firmie handlowej i praktyki bankowe. Nie ma tego w sumie bardzo dużo, dla mnie jednak jest wystarczająco bym usiadła i pomyślała, czy tego dokładnie chcę od życia – pracy od 8 do 16-stej, przekładania papierków i otrzymywania ułamka tego, ile moja praca jest warta.

    Gdybym nie miała swoich planów zawodowych, nic by mnie obchodziło zdobywanie dodatkowej wiedzy i potwierdzeń, tego kosztu by nie było. Ale to kwestia patrzenia na sprawę. Dla mnie to wybitnie powiązane z pracą i etatem, dla kogoś innego mogą w ogóle nie mieć związku.

    Do niedawna drugim baaaardzo dużym kosztem było mieszkanie i dojazdy (jako że moje stałe miejsce zamieszkania było poza Wrocławiem, gdzie od lat kilku uszczęśliwiam pracodawców). Utrzymanie się w tym mieście i wyjazdy do domu na każdy dłuższy okres wolny było dopiero wysokim kosztem, który na szczęście niedawno został zniwelowany.

    Pewnym aktualnym kosztem są aspiracje zawodowe. W przyszłym roku planuję zdawać egzamin na doradcę podatkowego. Teksty ustaw czy innych przepisów bez problemu znajdzie się w necie, ale ich wydruki, dodatkowe opracowania, kilka książek, czasem dostęp do płatnych treści których udostępnienie nie leży w zainteresowaniu mojego pracodawcy… czy chociażby czas na to poświęcony, największy koszt alternatywny dla mnie obecnie. Kiedy zdam egzamin, będę musiała poświęcic czas na zrobienie praktyki – min. 1 dzień w tygodniu wyjęty z życia zawodowego przez 2 lata (normalnie w pracy najemnej od razu 1/5 w dół). Już teraz nauka zabiera mi czas, który kiedyś poświęcałam na dodatkowe zlecenia. Wszystko to też trzeba uwzględnić.

    Są rzeczy, które da się zrobić w ramach pracy albo bezpłatnie, ale kiedy chcesz czegoś więcej to trzeba na to zapracować i zapłacić za całą drogę do celu :)

    Po iluś latach i różnych przypadkach z pracodawcami, bardziej dla mnie teraz liczą się sprawy finansowe, nie iluzja bezpieczeństwa pracy najemnej, szczególnie że sytuacja rodzinna nie obciąża mnie. Wizja niepowodzenia mnie nie przeraża, bo mam jeszcze inne źródła zarobku niż praca. Może w tym tkwi haczyk – poczuciu bezpieczeństwa niezapewnionego przez pracę?

    Wcale nie wykluczam, że będzie kiedyś w przyszłości ponownie etat, nie zamierzam tylko poświęcać dla pracodawcy 8 h dziennie w zamian za to, co dostanę z np. 2h dziennie z DG. Jakaś częściowa praca na np. 1/4 czy praca przy realizacji konkretnego projektu – byłabym za, bo tak jak DG etat ma swoje zalety. Nie chcę, żeby moje życie znów okręcało się tylko wokół pracy najemnej, zwłaszcza że po ‘samozatrudnieniu’ u dotychczasowego zamierzam połączyć z jeszcze kilkoma sprawami zarobkowymi.

    Decyzja była o wiele bardziej długa i przemyślana, niż kilka wyjętych z kontekstu myśli tutaj przedstawiam. Każdy powinien decydować się tylko za siebie, bo to bardzo osobista decyzja. Tak jak Tobie, Karolino, etat zapewnia spokój psychiczny, tak ja mam nieco inną sytuację i powoli staje się dla mnie źródłem finansowej irytacji, zwłaszcza że tak zachwalany spokój psychiczny znajduję zupełnie gdzie indziej.

    Myślę, że dla przeciętnego małego przedsiębiorcy i zarazem pracownika, etat utożsamiany z bezpieczeństwem (zabezpieczeniem), a firmę i działalność po godzinach z z realizacją marzeń (głównie finansowych, choć nie tylko). Ale to tylko mój własny, prywatny osąd ;) Być może dla Ciebie idealnym rozwiązaniem jest utrzymanie dotychczasowego statusu quo, bo obie formy zarobkowania się uzupełniają i jedno daje to, czego brak w drugim. Nikt nie każe podejmować decyzji, chociaż od czasu do czasu warto przemyśleć te dotychczas podjęte ;)

  23. Jak widać w zupełnie innej sytuacji jesteśmy :)

    Może dlatego, że ja obciążona rodziną ;) albo dlatego, że ja spełniam się w pracy na etacie i nie jest ona dla mnie powodem frustracji (również finansowo).

    U mnie decyzja również jest przemyślana – dopóki nie spłacę całkowicie kredytu na dom (jeszcze góra 4 lata mam nadzieję) i nie zabezpieczę się finansowo będę łączyć obie formy zarobkowania. Nie koniecznie u tego samego pracodawcy (na szczęście mam do nich szczęście – jeden finansował mi zdobycie certyfikatu, drugi inwestuje w poszerzanie wiedzy) zwłaszcza, że planowane na przyszły rok przystąpienie do egzaminów na biegłego wymusi na mnie zmianę pracy ze względu na aplikację.

    I tak z ciekawości jeszcze – rozumiem, że planując samozatrudnienie w to posiadasz uprawnienia. Dlaczego decydujesz się na egzamin na doradcę a nie na biegłego?

  24. Moja sytuacja jest odrobinę inna (chociaż też spłacam kredyt na mieszkanie, co gorsza – dopiero zaczęłam). Wprawdzie pracuję w podatkach, ale moja aktualna praca nie jest typowo księgowa (przerzucanie papierków i ich wklepywanie nie dla mnie). Nie mam uprawnień do prowadzenia ksiąg, ale z własnych przemyśleń zawodowych i planów wolałam wybrać doradztwo podatkowe. Daje więcej możliwości i jak zapewne wiesz także uprawnia do prowadzenia ksiąg innym, przede wszystkim jednak jest bardzo zbliżone do mojego aktualnego zajęcia (które w skrócie mogę określić jako rozwiązywanie księgowych problemów innych, czasem też od strony informatycznej). Lubię swoje zajęcie, pracę niekoniecznie i wolałabym czerpać z niej wynagrodzenie adekwatne do wymagań, jakie mi stawiają. Kto by nie chciał?

    Też plan jest dosyć zbliżony z drugą stroną mojej edukacji. Celuję w lukę doradców finansowych posługujących się biegle niemieckim. Na takich specjalistów na dolnym śląsku jest popyt i nie uważam, by zgasł szybko.

    Z pewnością moja szefowa byłaby wniebowzięta, gdybym zdała egzamin, odbyła całą praktykę i uzyskała uprawnienia i pracowała dalej na tym samym stanowisku – jednakże doskonale zdaje sobie sprawę, że nasze oczekiwania finansowe wówczas mocno by się rozminęły i ewentualna inwestycja w moją dodatkową edukację mijałaby się z celem (a lojalki nie zamierzam podpisywać). To jednak nie tak do końca powód do frustracji dla mnie, bo nie mam żadnego problemu z dostaniem dodatkowego wolnego na różne moje pomysły szkoleniowe, a pracuje mi się z nią naprawdę dobrze.

    Moją szefową jako człowieka bardzo cenię (taka mi się jeszcze nie trafiła), więc śmiało powiem, że również po poprzednich mam teraz szczęście jak ty ;)) Tylko szkoda, że nie ona decyduje o płacach, ba, nawet premiach – ot, szkopuł organizacyjny w mojej firmie który też był cegiełką wpływającą na decyzję.