Oto obiecany wpis o Polakach za granicą – a konkretnie, o naszych doświadczeniach zarówno z Polakami, jak i z ludźmi, którzy mieli z nimi do czynienia wcześniej i potem na tej podstawie oceniali nas. Autorką tekstu jest Kasia.

Oto obiecany wpis o Polakach za granicą – a konkretnie, o naszych doświadczeniach zarówno z Polakami, jak i z ludźmi, którzy mieli z nimi do czynienia wcześniej i potem na tej podstawie oceniali nas. Autorką tekstu jest Kasia.

Polacy za granicą – to temat niesamowicie szeroki i złożony. Na podstawie swoich doświadczeń w obcowaniu z rodakami, które zdobyłam podczas pobytu w Grecji, Holandii i Anglii, postaram się Wam przybliżyć kilka ciekawych spostrzeżeń, wniosków i obserwacji na ten temat. Na początku uczciwie ostrzegam, że artykuł ten, niestety, będzie w większej części opisem negatywnych zachowań i próbą zwrócenia uwagi na to, że coś niepokojącego i kompletnie niewłaściwego dzieje się z Polakami poza granicami kraju. Bazując na tym doświadczeniu, przykuł moją uwagę jeden główny wniosek: Polacy wraz z z falą wyjazdów za granicę za pracą, tracą szacunek do siebie, są w stanie pracować w każdych warunkach, a wartości kulturalne czy nawet te najbardziej elementarne-humanitarne tracą nagle na znaczeniu… W Grecji np. były dziewczyny, które za 24 euro na dzień (stawka na 2007 rok i z tego, co się orientowałam, jest to kwota aktualna do dziś – wystarczy zerknąć na oferty pracy w Grecji, czyli jakieś 500-700 euro na miesiąc, przy czym nie ma dnia wolnego, wiec dniówkę nie trudno sobie obliczyć) potrafiły pracować w tawernie poświęcając cały swój czas w ciągu dnia – zaczynały prace o 9, a kończyły wraz z zamknięciem knajpy, czyli średnio około pierwszej w nocy… przeliczając te stawki na polskie realia – ich zarobki nie były wyższe od tego, co mogłyby zarobić w Polsce. W innej tawernie, 50-letniej kobiecie, pracującej po 13 godzin tak bardzo zależało na pracy, że nie chciała pojechać ze swoim pracodawcą, proponującym jej pomoc, do szpitala, gdy miała poważne bóle reki. Jako powód podała lęk przed reakcją przełożonego i przewidywaną u niego złość w związku z tą niedyspozycją. Za granicą Polak bardzo się boi reakcji przełożonego na ewentualne problemy w pracy, choroby, wolniejsze tempo pracy itd. Zupełnie inaczej jest w Polsce, gdzie jest on u siebie i z zaciętością lwicy troszczącej się o młode, potrafi walczyć o przysługujące mu prawa. Jest zdeterminowany i zdecydowany, a przede wszystkim nie pozwala się wykorzystywać i traktować poniżej godziwego poziomu. Kraje śródziemnomorskie nie oferują zbyt dużych zarobków. Owszem, są one wyższe od tego, co można zarobić w Polsce, jednak i poświęcenie bywa tam większe, jako że często nie ma ani jednego dnia wolnego.

W Holandii z kolei pracowaliśmy w wielkim magazynie przy realizowaniu zamówień. Pracowali tam przedstawiciele rożnych narodowości; byli Murzyni z Ameryki Południowej, Turcy, jednak największą grupę stanowili Polacy, których zupełnie inaczej traktowano, ponieważ tylko my mieliśmy precyzyjnie ustalone “normy”, czyli czas i wymagania, którym w danym czasie należało sprostać. Normy te były wypadkową oczekiwań pracodawcy i efektów, które osiągali Polacy i w związku z tą druga wytyczną, rok wcześniej zostały one podniesione… na własne życzenie Polaków, którzy udowodnili, że w tym samym czasie mogą wykonać większą prace, a to z kolei prowadziło do tego, że rozpoczynający pracę nowy pracownik miał nie lada wyzwanie przed sobą, któremu trudno było sprostać i stąd bardzo wysoka rotacja pracownicza. Trudno było w tamtym miejscu mówić o równości miedzy pracownikami, ponieważ za te same pieniądze Turek, posiadający holenderskie obywatelstwo, miał również do czynienia z normami, ale zupełnie innego, mniej wymagającego rzędu. Nieraz spotykając się z nimi podczas pracy, byłam zdziwiona, że on się nie spieszy i nie zależy mu na normach. Przy jego tempie pracy, mógł sobie pozwolić na swobodna rozmowę z innymi i w razie potrzeby mógł pomoc innemu pracownikowi, gdyby zaszła taka potrzeba. Kolejnym nieciekawym elementem tej pracy były ciągłe rozmowy o normach, kto ile wyrobił danego dnia, czy nawet dochodziło do rywalizacji miedzy ludźmi. W praktyce praca ta wymagała nieustannego spinania się i pospiechu, ponieważ każda minuta musiała zostać wyrobiona. Na samym początku została uaktywniona propaganda zgodnie z którą straszono pracowników zagrożeniem związanym ze zbliżającymi się nieuchronnymi zwolnieniami. Uczestniczyli w tym sami pracownicy, podając sobie kolejne wyssane z palca pogłoski, stąd tez dbałość o wyrabianie norm przybierała niejednokrotnie groteskową postać. To z kolei prowadzi do wniosku, że za pracując tymczasowo za granicą można, jasne, sporo zarobić, ale nierozerwalnie wiąże się to z zupełnie innym wysiłkiem, traktowaniem, stresem, niż ma to miejsce w Polsce. Za granicą w takiej pracy Polak staje się tanią siłą roboczą, która potrafi bardzo szybko pracować i bez szemrania zrobi wszystko, co mu sie powie/wskaże.

Wydaje mi się, że taki stan rzeczy wynika z tego, że całkiem sporej grupie rodaków odbija z powodu kasy, którą mogą zarobić, a którą trudno by im było zdobyć w Polsce i przez to właśnie ich godność osobista i szacunek schodzą dla nich na bardzo daleki plan i tracą na znaczeniu. Spośród osób, które spotkałam na swojej drodze, tylko kilka ukończyło studia, co w pewnym sensie możne tłumaczyć taki brak humanistycznej ogłady w stosunku do traktowania siebie jako podmiotu, a nie przedmiotu w relacji: zagraniczny (zachodnioeuropejski – uściślając) pracodawca – wschodnioeuropejski pracownik (tania siła robocza – również uściślając). Myślałam nad tym wielokrotnie, a wnioski zawsze były takie same – że to pieniądz zawrócił tym ludziom w głowie i zrobił w ich głowach iście meksykański huragan. Widziałam, jak upadają rodziny, gdy rodzice wyjeżdżają zarabiać na kolejne remonty, a w domu z dziadkami czekają na ich powrót malutkie dzieci. Widziałam, jak rozpadają się związki (krótsze, dłuższe – nieistotne), gdy wyjeżdżała jedna osoba i “potrzebę bliskości” realizowała z druga osobą będącą w podobnej sytuacji – w obcym kraju, bez bliskich… albo, jak wyjeżdżają pary i zaczynają kłócić się o pieniądze, albo jak ludzie potrafią odmówić sobie wszystkiego, jak pozwalają, by ich życie ograniczało się jedynie do pracy, powrotu do domu i zrobienia zakupów. Gdy pracowaliśmy w Holandii, to duża część Polaków spędzała swoje wolne dni właśnie odsypiając lub jeżdżąc na zakupy i spędzając cały dzień w hipermarketach. My na tym tle byliśmy postrzegani jak kolorowe małpy, które robią coś innego – dziwnego: jadą coś zobaczyć, zwiedzić, doświadczyć, poobcować z kulturą. Apogeum tego typu absurdów było pytanie jednej kobiety dotyczące celu tego typu wypraw; co mianowicie mamy na przykład z tego, że byliśmy w jakimś muzeum? Gdyż ona była w sklepie i ma kilka bluzek z wyprzedaży a czy my coś mamy – dosłownie „mamy” w rozumieniu: posiadamy, trzymamy w garści… yghm… pozwólcie, że to pytanie pozostawię bez odpowiedzi…

Więc, jak sami widzicie, bywa różnie… Kiedy jeździmy w różne miejsca, zależy nam, żeby jak najwięcej zobaczyć, doświadczyć, bo wtedy czujemy, że tętni w nas pełnia życia, która wypełnia nam nozdrza. Jednak, gdy obcujemy z ludźmi o tak wąskich i ograniczonych poglądach, kiedy w pracy pracodawca przykłada do nas miarkę taniej siły roboczej, bo inni Polacy się wcześniej wykazali, udowodnili, pokazali, że po prostu można “nas” tak traktować, to wtedy decydujemy się zmienić metody zdobywania kasy na te wyjazdy.

Na koniec jeszcze kilka uwag odnośnie realiów pracy w Anglii. Tam, z kolei, trafiliśmy do oddziału KFC i też masa absurdów, np. to, że jeśli pracownik nie zmieścił się ze sprzątaniem w czasie wpisanym na grafiku, to nie dostawał za to pieniędzy. Na początku po prostu nie ma szans, aby zmieścić się w czasie, szczególnie, że szef miał niesamowite wymagania co do czystości kuchni, więc nowicjusze zostawali po średnio 2 godziny sprzątając charytatywnie. Ten proceder miał miejsce od początku istnienia tego oddziału KFC, wiec każdy pracownik doświadczał tego przez minimum kilka tygodni. Gdy sama znalazłam się w takim położeniu, na początku nie dowierzałam i poszłam zapytać o szczegóły tej dziwnej sytuacji, po czym okazało się, że po pierwszych 2 dniach, gdy byłam szkolona, powinnam już następnego dnia samodzielnie zamykać kuchnie i wyrabiać się o czasie! Sic! Na nic zdały się tłumaczenia. Rozmowa ta wyglądała, jak próba udowodnienia, ze czarne tak naprawdę jest białe, a jeśli nie jest, to… hmmm… powinno być! Do paranoicznych sytuacji dochodziło również wtedy, gdy czegoś brakowało lub się zniszczyło, np. ściereczki, otwieracz do puszek, mop do mycia podłogi itp. W tej sytuacji często można było napotkać niezgodę na wydanie brakującej czy zniszczonej rzeczy. Doprowadzające do frustracji były również procedury i reguły obowiązujące podczas wykonywania pewnych czynności w KFC. Znakomita większość prac była opatrzona dokładnymi instrukcjami, które same w sobie były całkiem rozsądne i uzasadnione, ale stosowanie się do nich w praktyce, zwłaszcza podczas fazy zwanej “busy”, należało jedynie do sfery pobożnych życzeń lub wysoce abstrakcyjnych wynurzeń. Nie można zrobić czegoś szybko, tanio i dobrze. Te i wiele innych absurdów towarzyszyło nam jak przekleństwo podczas pracy w Grecji, Holandii i Anglii. Na początku naszej wyprawy byliśmy przekonani, że do domu wrócimy dopiero po 9-ciu miesiącach, a cała przygoda zajmie nam jakieś 2 lata. Ostatecznie stało się jednak inaczej i zajęcie wykonywane w Wielkiej Brytanii okazało się być ostatnim z kategorii “tymczasowa praca za granicą”. Postanowiliśmy nie parać się więcej tego typu zarabianiem pieniędzy nawet za cenę cudownych wyjazdów i zwiedzania interesujących nas miejsc. Nie są one warte aż takiego wysiłku i poświęcenia. Co z tego, że można zarobić całkiem duże pieniądze, skoro mentalnie się dusimy i stoimy w miejscu? Do tego dochodzi złość i frustracja z powodu niemocy dogadania się co do warunków pracy z pracodawcą, który twardo obstaje przy swoim, znając Polaków bez problemu wykonujących dla niego każdą prace. To było szalenie ciekawe przeżycie, móc zetknąć się osobiście z innymi kulturami, obyczajami, tradycjami, zwiedzić wiele, wiele wspaniałych, interesujących miejsc. Zdecydowaliśmy jednak, że w następną podroż wyruszymy już za pieniądze zupełnie inaczej zdobyte, ale o tym to już Paweł zapewne dopisze ciąg dalszy!

Przy okazji tego tekstu chciałam pozdrowić tych, którzy będą go czytali i tym samym zaprosić do dyskusji, pytań oraz wymiany doświadczeniami dotyczących pobytu za granica :-)

Zobacz też:
  Podobał Ci się wpis? To już teraz zasubskrybuj kanał RSS!

{ 9 odpowiedzi… przeczytaj lub dodaj własny }

hubert Lipiec 30, 2009 o 12:17 am

nie, no czytając myślałem, że mnie krew zaleje. Kobieto w jakim Ty świecie żyjesz ? W polsce jest dokładnie to samo, tylko że mniej płacą. Sądzisz, że lepiej zapier**** na swojego za marne grosze niż zapie*** na cudzego za te same grosze ? Sic! Sugeruję zmianę tytułu arta na Polacy

Odpowiedz

Marcin Lipiec 30, 2009 o 2:14 pm

Hubert myślę, że takie mocne słowa nie są potrzebne. Sam pracowałem tymczasowo w Polsce w kilku miejscach i w większości klimat był dobry. Trafiłem nawet na jakiś czas do japońskiej firmy logistycznej, gdzie były normy, ale wcale nie wyglądało to na zasadzie: rób szybko, bo ci nie zapłacimy. Stawiając się w pozycji pracodawcy logiczne jest, że chcemy, aby pracownik był jak najbardziej efektywny i dlatego w niektórych zakładach wprowadzane są normy. Jednak zbyt wyśrubowane potrafią raczej zniechęcić do pracy niż zmotywować.

Myślę, że za granicą łatwiej wykorzystywać pracownika tymczasowego, bo po pierwsze przyjeżdża on na jakiś czas i będzie się godził na ciężkie warunki tylko po to, aby zarobić więcej niż w swoim kraju. Druga kwestia jest taka, że jeżeli taki pracownik chciałby gdzieś zgłosić swojego pracodawcę, to sam straciłby pracę. Łatwiej więc zacisnąć zęby na te kilka miesięcy.

Moi znajomi rok temu wyjechali do Holandii na kilka tygodni. Praca była ciężka, ale wrócili z kilkoma tysiącami złotych. W tym roku jeden postanowił, że już tam nie jedzie, bo jest za ciężko, a drugi pojechał znowu. Dlaczego? Ponieważ już się do tego przyzwyczaił i w tym roku bez problemu wyrabia normy. Wyjazd na kilka tygodni za kilka tysięcy złotych bardziej mu się opłaca niż praca w Polsce za 1000 zł.

Mój przyjaciel pracuje w Polsce dokładnie za najniższą krajową, to znaczy około 950 zł netto miesięcznie w sklepie spożywczym. Chodzi na zmiany 5:30-13:30 lub 13:30-21:30 i pracuje fizycznie. Gdyby na miesiąc wyjechał za granicę mógłby przywieźć nawet i cztery razy więcej. Nie dziwi więc, że Polak za granicą stara się nie podpaść pracodawcy, bo czasami to jedyna szansa na dobry zarobek bez większych kwalifikacji.

Odpowiedz

hubert Lipiec 30, 2009 o 7:36 pm

@Marcinie
odnośnie pierwszego akapitu – impuls a normy są wszędzie

odnośnie drugiego – myślę, że w Polsce pracownicy są również wykorzystywani i siedzą cicho – wiadomo, większość ma rodziny, plany, marzenia i potrzebują tej kasy nawet za cenę poniżenia

3 – owszem, nie każdy na każdym stanowisku wytrzyma – w Polsce jest to samo – masa ludzi na L4 bo nie wyrabiają psychicznie.

i podsumowanie – w Polsce poprostu się nie wyróżniamy bo to są standarty

Odpowiedz

Marcin Lipiec 31, 2009 o 3:47 pm
zarin Sierpień 2, 2009 o 1:37 am

A ja trochę z innej beczki: moglibyście polecić jakiś rachunek oszczędnościowy w Holandii? Zależy mi bardziej na łatwym dostępie niż wysokim oprocentowaniu – coś w stylu eMaxa?

Odpowiedz

sinno Sierpień 8, 2009 o 12:57 pm

Trafiłem na tego bloga przypadkiem, a ten artykuł, to chyba tylko z nazwy, bo to co przeczytałem to negatywne sugestie autorki.

Jak się komuś nie podoba niech siedzi w domu, albo jak się w Polsce nie wybił. Dla mnie rywalizacja, to normalne. W ogóle myślę, że taka sytuacja jedynie Autorkę razi, bo być może sama nie wyrabiała norm na magazynie czy tam w kfc ;))) No sorry, ale jak ktoś ma jedynie średnie, a językiem posługuje się tak, że każdy pracodawca za granicą widzi, że ciężko tej osobie chleb kupić nie w supermarkecie, to chyba raczej jej nie będzie mu bardzo na tej osobie zależeć. Taką pracę może wykonać każdy, w kfc raczej się programów nie pisze…

Kompletnie tego nie rozumiem. Każdy orze jak może…
Pozdrawiam

Odpowiedz

Azi Listopad 12, 2009 o 4:03 am

w Anglii nasi chłopacy potrafią za 10 pounds przeżyć tydzien. To jest talent.
I tyrają jak za trzech i nie rozumieją jak kolega Murzyn mówi – zwolnij bracie, bo całą ekipę wyrzucą z roboty jak bedziesz zawyżał normę jak głupek.

Odpowiedz

gabi Czerwiec 5, 2010 o 8:59 pm

No cóż kochani, nie jest wcale tak łatwo żyć w Polsce, zwłaszcza jak się nie ma wyższego wykształcenia. Brak pracy powoduje że ludzie żeby utrzymać pracę też daję się wykorzystywać i poniżać. A poniżanie jest tu teraz na porządku dziennym i w bardzo brutalny sposób.Przykre ale prawo pracy chroni tylko pracodawców. Sama chętnie bym wyjechała gdyby nie troska o rodzinę i proszę mi uwierzyć że wolałabym być poniżana za pieniądze za które mogłabym normalnie żyć, bo za najniższą krajową będąc kobietą samotnie wychowującą dziecko nie da się żyć. Nie mówiąc już o przyjemnościach typu kino czy muzeum. To my tu w Polsce żyjemy jak małpki, a do supermarketu chodzimy na wyprzedaże bo na normalne zakupy nas po prostu nie stać.

Odpowiedz

ktoś kto wam dzięk Czerwiec 14, 2010 o 8:03 pm

dziękuje wam bardzo!! właśnie to miałam na zd

negatywne skutki pracy za granicą!!

a więc dziękuje bardzo autorce tego tekstu ;*****

Odpowiedz

Skomentuj

Zasady komentowania w skrócie: nie obrażaj innych, nie prowokuj kłótni, pisz na temat, nie reklamuj niczego, nie używaj słów kluczowych w podpisie. Komentarze łamiące zasady będą moderowane. Szczegóły w Polityce Komentowania.

{ 1 trackback }

Previous post:

Next post: