Płacić sobie… na końcu?

Każdy, kto z uwagą czyta tego bloga, na pewno natknął się na stwierdzenie „najpierw płać sobie”. Ta zasada jest uznawana za fundament skutecznego oszczędzania i nie bez kozery pojawia się wszędzie, gdzie tylko piszą o finansach osobistych. Więcej poczytasz o niej na tej stronie.

Jakkolwiek stosuję się do tej zasady od dwóch lat i potrafię docenić jej zalety, to ostatnio jednak zacząłem się zastanawiać nad zagadnieniem zgoła odwrotnym – mianowicie płaceniem sobie na końcu.

Skąd ten pomysł? Otóż okazuje się, że na koniec miesiąca zostają mi wolne fundusze. Przyszły miesiąc mam zabezpieczony, podatki zapłacone, 40% przychodów regularnie jak w zegarku odłożone, specjalnych zachcianek też nie mam… można by powiedzieć, że w takim razie jest to tzw. kasa do rozwalenia, prawda?

No ale nie byłbym sobą, gdybym nie chciał przynajmniej części tych środków zaprzęgnąć do wytężonej pracy, żeby szybciej osiągnąć swój cel – wolność finansową w wieku 36-ciu lat – lub zadbać o zapewnienie pieniędzy na nieprzewidziane bądź planowane sytuacje.

Zasadniczym pytaniem, które zatem pojawia się w mojej głowie, jest…

Jak się za to zabrać?

Wpadłem na dwa pomysły jak systematycznie odkładać pieniądze, płacąc sobie na końcu.

  1. Metoda bezpośrednia. Zostaje kasa, więc dzień przed wypłatą deleguję ją na konta oszczędnościowe/inwestycyjne. Jest to swoisty RESET stanu konta, choć naturalnie nie musi tak być: resztówkę można podzielić na pół i jedną część zostawiam w spokoju na koncie, a drugą oszczędzić. Bez względu na ilość, pieniądze zyskane w ten sposób pompuję w jeden konkretny cel, np. fundusz awaryjny, planowy lub spłata zadłużenia na karcie, żeby jeszcze szybciej go osiągnąć. Podział 50/50 jest oczywiście umowny. Może to być zarówno 10/90 jak i 0/100 – byle by te pieniądze oszczędzić w sposób skoncentrowany.
  2. Metoda pośrednia. Tu trochę popuściłem wodzę finansowej fantazji, ale po prostu chciałbym upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Pomyślałem: dlaczegóż by nie płacić sobie na końcu równowartości 7-10% wydatków, jakie poniosłem w danym miesiącu? Dzięki temu z jednej strony bardziej świadomie będę wydawał pieniądze, a dodatkowo, po roku odkładania w ten sposób, mógłbym tymi środkami łatwiutko rozbudować fundusz awaryjny i zapewnić sobie dodatkowy miesiąc życia lub dokupić jednostek funduszu inwestycyjnego czy akcji. Pozostałą sumę mógłbym już z czystym sumieniem przehulać.

Oba sposoby wymagają nieco większego zaangażowania, niż płacenie sobie najpierw, ponieważ trzeba znać swoją bieżącą sytuację finansową i pamiętać o systematycznym zlecaniu przelewów, co niestety dla wielu ludzi jest zbyt dużym wysiłkiem, ale – jak głosi przysłowie – dla chcącego nic trudnego.

Kto mógłby płacić sobie na końcu?

Każdy, kto ma na tyle niestabilną sytuację finansową, że nie może płacić sobie najpierw i dotrwać do końca miesiąca. Także freelancerzy, nieposiadający stabilnego wynagrodzenia, mogą korzystać z tego sposobu, aby budować oszczędności. Naturalnie także Ci, którzy mimo płacenia sobie najpierw, opłacenia kosztów życia i zapewnieniu sobie rozrywki nadal posiadają nadwyżkę wolnych środków, których potencjał marnuje się na „rurze”.

Zatem, jeżeli zaliczasz się do którejś grupy i rozumiesz potrzebę oszczędzania pieniędzy, ale nie możesz lub nie chcesz płacić sobie najpierw – zacznij płacić sobie na końcu. Nie ważne ile w ten sposób zaoszczędzisz – ważne, że w ogóle będziesz to robił. Jestem pewien, że na efekty nie trzeba będzie długo czekać…

7 myśli nt. „Płacić sobie… na końcu?

  1. Ja to robię tak, po wpłynięciu pensji:

    1) najpierw blokuję środki pod opłaty stałe, jak raty kredytu hipot., czynsz, internet, gaz, prąd na oprocentowanym rachunku bieżącym

    2) zostawiam na rachunku pieniądze na życie tzn. jedzenie i inne niezbędne wydatki plus margines bezpieczeństwa 20-30%

    3) planowaną nadwyżkę między stanem konta po otrzymaniu pensji a punktem 1) i 2), przelewam na rachunek rezerwy celowej (np. kupno mebla) lub inwestycyjny (np. GPW)

  2. Płać najpierw sobie – przede wszystkim, ewentualnie do tego można dodać + płacenie na końcu.
    Zobaczmy z czego wzięło się płacenie najpierw sobie…ponieważ w innym wypadku pozostają mniejsze kwoty lub zerowe na koniec miesiąca.

  3. Ja place sobie na koncu i na poczatku, a dokladnie to po prostu budzetuje wszystkie wydatki. W zaleznosci od planowanych wydatkow w danymi miesiacu obliczam ile pojdzie na inwestycje/oszczedzanie i odpowiednio przekierowuje te srodki. Jesli zostanie mi cos pod koniec miesiaca, bo jednak byly mniejsze wydatki lub byly niespodziewane wplywy to budzetuje to znowu jako oszczednosci i inwestycje i przekierowuje gdzie trzeba. Nigdy nie traktuje tych pieniedzy jako pieniadze ekstra na wydatki.

  4. Ja płacę najpierw na fundusz emerytalny (własny), potem wszystkie rachunki, odkładam kasę na bieżący miesiąc, a co zostanie — na co coś co można nazwać funduszem inwestycyjnym (tj. lokaty, rachunek oszczędnościowy lub rzeczywiste FI). Więc wychodzi na to, że płacę sobie na początku i na końcu.

  5. A ja po dostaniu pensji zaczynam od zablokowania kasy na spłatę karty kredytowej i czynsz na koncie oszczędnościowym. Reszta idzie na inwestycje. W ten sposób płacę sobie na końcu . Jeśli są dodatkowe przychody to idą od razu na inwestycje – wtedy płacę sobie najpierw.
    Akumluje w ten sposób 35-50% środków.
    Większe wydatki odkładam do najbliższej premii kwartalnej .

    PS: Jeśli komuś zostaje po miesiącu 0 zł to jest niewolnikiem lub bezrobotnym.

  6. Pingback: Oszczędzanie pieniędzy: Podsumowanie Listopada 2009 — Oszczędzanie pieniędzy i nie tylko...