"Oszczędzić" i "nie wydać" – to nie to samo!

Na początek krótka historia… koleżanka rzuciła palenie i chwaliła się ileż to miesięcznie oszczędza pieniędzy odkąd pozbyła się nałogu. Mija kilka dni, a ona przychodzi pożyczyć pięć dyszek. „Ostatnio chwaliłaś się, że przestałaś palić. Powinnaś mieć ze dwie luźne stówy w portfelu, a przyszłaś pożyczyć pieniądze?”, mówię do niej. A ona mi na to: „Aaaa, bo wiesz, wydałam te pieniądze na bla bla bla…”.

Pytanie retoryczne: czy koleżanka faktycznie cokolwiek oszczędziła?

Znasz podobne historie? Jestem pewien, że tak – i stawiam dolary przeciwko orzechom, że nie raz podobna sytuacja przytrafiła się nawet Tobie. Jeżeli nie, to dalszą część postu proponuję przeczytać dla sportu ;-)

Otóż ten błąd w rozumowaniu popełnia zadziwiająco wiele osób: wydaje im się, że zaoszczędzili na czymś pieniądze, podczas gdy faktycznie po prostu jeszcze ich nie wydali. Postrzeganie oszczędzania, wyłącznie jako „nie wydawanie” jest jedną z najgorszych zmor, z jaką spotykam się dyskutując na temat finansów osobistych.

Fundamentalna różnica, która istnieje między zaoszczędzeniem, a nie wydaniem, oprócz tej nasuwającej się wprost, polega moim zdaniem na zapewnieniu sobie pewnego komfortu: gdy zaoszczędzisz pieniądze, czyli przelejesz je na rachunek oszczędnościowy, do którego masz mocno utrudniony dostęp (sorry, mamy XXI wiek i skarpeta w tym wypadku odpada), to tak, jakbyś załatwił im „ochroniarza” – stoi taki chłopak i pilnuje, żeby coś głupiego się im nie stało. Natomiast samo nie wydanie pieniędzy nadal wystawia je na różne „niebezpieczeństwa”, w stylu: zachcianki małżonki czy dzieci, zakupy dokonywane pod wpływem impulsu, różne „promocje” czy „okazje” lub inne bzdetne wydatki. Podążając dalej tą metaforą, pomylić nie wydawanie pieniędzy z oszczędzaniem to takie rozpychanie się w knajpie pełnej dresiarzy. Może i jest szansa, że mimo wszystko da się jakoś uniknąć złamanego nosa i kopa w nerkę, ale jest baaardzo mała.

Jak zatem faktycznie zaoszczędzić pieniądze? Mam dwie proste rady…

Po pierwsze: trzeba po prostu zawsze najpierw płacić sobie i żyć z tego, co zostanie. To najprostsza i najwygodniejsza metoda na uniknięcie sytuacji „i nie wydałem i nie zaoszczędziłem”.

Po drugie: wystarczy zdawać sobie sprawę i pamiętać o tym, że…

Nie każde nie wydane pieniądze są zaoszczędzone, ale każde zaoszczędzone, nie są wydane.

4 myśli nt. „"Oszczędzić" i "nie wydać" – to nie to samo!

  1. Często tzw. "oszczędzenie" pieniędzy na czymś oznacza ich wydanie na coś innego tak jak to podałeś w przykładzie z papierosami. Wiele razy już słyszałem takie kwestie. Ludzie nie potrafią rozróżnić prawdziwego oszczędzenia pieniędzy od "wirtualnego" głównie z tego powodu, że nie uczy się tego ani w podstawówce, ani w gimnazjum, ani w liceum, ani na studiach, a zresztą króluje właśnie takie przekonanie: "skoro oszczędzam tyle pieniędzy na papierosach, to mogę sobie je teraz wydać na coś innego, przecież normalnie bym ich nie miał".

  2. Pingback: Oszczędzanie pieniędzy: Podsumowanie Sierpnia 2009 — Oszczędzanie pieniędzy i nie tylko...

  3. Pingback: Oszczędzanie pieniędzy: oszczędzone czy nie oszczędzone? — Oszczędzanie pieniędzy i nie tylko...

  4. Zgadzam się z całym tekstem, ale nasuwa mi się myśl, która z mojego punktu widzenia trochę niszczy ten porządek. Kiedy zarobię troche więcej pieniędzy, zamrożę je sobie spokojnie to nie wiem czy będe szczęśliwa, że cały majątek jaki posiadam jest przede mną ukryty. Jeśli zaoszczędzę na zakupach (kupię np. tańsze odpowiedniki) to nie zrobię tego po to, aby stracić te pieniądze z oczu tylko żeby właśnie starczyło mi na cos fajnego, np. torebkę. Zaoszczędziłam – i tak mam i zakupy i wymarzoną torebkę, dla której się "poświęciłam". Nie widzę tu nic złego, jeśli takie zamierzenia były z góry zaplanowane, że wydam mniej i za to co mi zostanie dokupię jakiś dodatkowy produkt. To chyba słuszne. I wcale nie rezygnuję z zakupu ważnych rzeczy – dajmy na to chleba by kupić sobie tę ww. torebkę, po prostu wybieram trochę tańszy z jakiejś niższej półki.Prosto i łatwo.