Marek z bloga Droga do Wolności napisał ostatnio dość ciekawy artykuł, w którym postawił pytanie: karty płatnicze czy gotówka? Jak dla mnie: gotówka rządzi, choć nie stronię od kart. Jeżeli masz wątpliwości odnośnie przerzucenia się na twardą walutę, to postaram się Cię do tego przekonać, ponieważ wykorzystywana we właściwy sposób praktycznie nigdy nie sprawia kłopotu, a przed wieloma pozwoli Ci się ustrzec.
Dlaczego gotówka?
Tutaj zgadzam się z Markiem: jest powszechnie akceptowana i nie można wydać więcej gotówki, niż się ma w portfelu. O ile pierwszy argument jest logiczny i nie ma się co nad nim rozwodzić, to nad drugim warto.
Otóż okazuje się, że korzystając z kart… o wiele łatwiej wydaje się nam pieniądze. Tak przynajmniej twierdzi Dave Ramsey, znany spec od finansów osobistych. Według podanych przez niego informacji, osoby stawiające na wygodę, płynącą z korzystania z plastiku wydają o 12 do 18% więcej, niż osoby korzystające przeważnie z gotówki. Co istotne, łatwo wydaje się również pieniądze, których się nie ma, a których bank z przyjemnością nam pożyczy na całkiem niezły procent.
Niezaprzeczalną zaletą płacenia gotówką jest także, przede wszystkim w przypadku kupowania droższych rzeczy, możliwość wynegocjowania rabatu (u Marka w komentarzu wspomina o tym Ksob). Jedno proste pytanie: „Jaki rabat dostanę, jeżeli od ręki pokryję cały koszt gotówką?” przyniosło mi znaczne oszczędności.
Czyli co? Karty są „be”, a „cash is king”?
Oczywiście, że nie. Sprawy takie, jak zarazki na banknotach pominę, bo jeszcze nie słyszałem o zgonach spowodowanych stosowaniem papierowej waluty, ale faktycznie: niektórzy mogą uważać gotówkę za niewygodną do noszenia, czasem trzeba się po nią przejść do bankomatu oraz w przypadku kradzieży raczej jej nie odzyskamy.
Kwestię niewygody można rozwiązać w banalny sposób: wystarczy załatwić sobie odpowiedni portfel i systematycznie opróżniać go z drobnych (płacąc nimi lub odkładając do skarbonki).
Co do zbyt wielu wycieczek do bankomatów… jakoś nigdy nie stanowiło to dla mnie problemu. Nie dlatego, że nie lubię chodzić, ale ponieważ zawsze dbałem o to, żeby mieć odpowiednią ilość gotówki pod ręką. Gdy brakowało, przy okazji załatwiania spraw na mieście zahaczałem o bankomat i dobierałem. Poza tym, gdy zna się swoje wydatki, problem praktycznie znika, bo wiadomo ile koniecznie trzeba mieć waluty pod ręką na najbliższy tydzień czy nawet miesiąc (plus np. 20% na zapas specjalnie dla tych, których męczy chodzenie do ściany), więc można o to zadbać.
Na kradzieże niestety nie ma rady, ale – z drugiej strony – ile razy w życiu jesteśmy okradani? Jeżeli stosujemy się do reguły z poprzedniego akapitu w najgorszym wypadku stracimy równowartość tygodnia lub miesiąca wydatków (a takich kwot nie trzeba nosić przy sobie – zazwyczaj wystarczy posiadać tylko tyle gotówki, żeby zrealizować jakiś zakup plus górka na wszelki wypadek). Nie jest to aż tak dużo, zważywszy, że napadnięci bezpośrednio pod bankomatem możemy stracić o wiele więcej.
Co zatem z kartami?
Karty płatnicze są wygodne – przyznaję – ale nie można na nich polegać w stu procentach: nawet dziś nie zawsze i nie wszędzie można zapłacić kartą. Skoro i tak trzeba nosić przy sobie gotówkę, to czy nie warto polegać na niej w pierwszej kolejności? Ja uważam, że tak. Nie przekonują mnie programy lojalnościowe, w których trzeba wygenerować horrendalne płatności kartą, żeby uskładać punktów na lipny czajnik elektryczny czy inny bzdet. Nie przekonują mnie również promocje w stylu money back (zwrot na konto np. 1% kwoty wydanej za pośrednictwem karty) – tym bardziej, że fiskus traktuje te pieniądze jako tzw. dochód z innych źródeł i wymaga, aby odprowadzić od nich podatek (o czym zapewne wydawca karty nie wspomina).
Naturalnie, nie warto całkowicie rezygnować z plastikowych pieniędzy. Karta stanowi wygodny pomost między kontem a portfelem i oszczędza nam stania w kolejce w banku. Nie da się także nie wspomnieć o jej nieocenionej pomocy w przypadku kupowania w sklepach internetowych, zwłaszcza zagranicznych.
Jak pogodzić gotówkę i plastik?
Dla mnie sprawa jest prosta: na co dzień prawie zawsze płacę gotówką, w Internecie – kartą. Nie korzystam z karty kredytowej, żeby nie kusić losu i nie prowokować wydatków, które wpędziłyby mnie w kredyt. W portfelu noszę tylko jedną debetówkę, aby przy okazji uzupełniać w bankomacie zapas gotówki i na tzw. czarną godzinę.
Jak mawiają: proste rozwiązania są najlepsze. To, opisane wyżej, w moim przypadku sprawdza się od wielu lat.
A jak byłoby w Twoim przypadku? Wolisz gotówkę czy plastik? Może wydajesz więcej twardej waluty a jesteś bardziej powściągliwy z użytkowaniem plastiku? Skomentujesz?
Tylko karty, wiem kiedy, za co i ile zapłaciłem, zawsze robię foty paragonów. Później pod koniec miesiąca analizuję wydatki i je optymalizuje, żeby podejmować lepsze decyzje w sklepach. Gotówki mam zawsze koło 100 zł w portfelu na wszelki wypadek. Np. trafienia na absurdalny limit gdzie plastik przyjmują np. od 20 zł. Higiena też ma pewne znaczenie, kasa jest brudna. Gotówkę używam jedynie za w krajach '3 i 2 świata' wypłacając kasę z bankomatów, w UE tak samo jak w kraju, karty. Ciągle zastanawiam się nad karta kredytową, ale podjąłem decyzje dopóki jeden z banków w których mam depozyty nie zacznie oferować ich bez opłat (limity też się liczą) to nie wezmę. Może to czasami 3zł ale dlaczego mam płacić skoro debetówki w pln mam za free;/.
u mnie wygląda to tak, że na codzienne wydatki typu cola, fajki czy guma do żucia zawsze mam w portfelu gotówkę. po pierwsze dlatego że zazwyczaj kupuję te rzeczy w sklepiku budynku w którym jest moja firma a nie można tam płacić kartą, a po drugie dlatego żeby mnie nie kusiło kupować sobie przy okazji jakichś batoników czy innych zbędnych rzeczy. ale takie rzeczy jak soczewki czy jakieś niezbędne zakupy komputerowo elektroniczne to już karta. argument o zarazkach na gotówce jest idiotyczny bo karty też nie tylko my dotykamy – w końcu dajemy ją sprzedawcy, wstukujemy pin na klawiaturce też raczej nie sterylnej. wg mnie bez sensu jest budować sobie jakieś ideologie wokół sposobu płacenia, jak ktoś chce wydać tysiaka na pierdoły to go wyda tak czy inaczej. a oszczędny człowiek poradzi sobie nawet mając przy sobie pięć kredytówek z wielkimi limitami. wszystko zależy od psychiki a nie od plastiku czy papierków.
U mnie gotówka szybciej wychodzi z portfela na pierdoły, co do wydatków z karty udaje mi się je dyscyplinować…
Musze przyznąć że prezentujesz zdrowe podejście. Sam zresztą po kliku latach operowania kartą stwierdziłem, że jednak trzymając przy sobie gotówke i widząć jak mi ucieka, staram się zawsze 3x przemyśleć każdy zakup. W przypadku płatności kartą odbywało się to całkowicie automatycznie.
Nigdy nie zauważyłam u siebie większego wydawania jeśli płacę kartą. Przecież to te same pieniądze.
I zastanawiają mnie te badania , które podobno dowodzą , że przez sam fakt płacenia kartą, konsument wydaje więcej niż wydałby płacąc gotówką. Niestety jakoś nie mogłam znaleźć dostępu do tych badań, żeby sprawdzić jakich grup dotyczyły i jakie były zasady badania. Czy grupy były naprawdę reprezentatywne. Czy może zakupoholicy mają większą skłonność do korzystania z kart , a sknerusy do ich omijania ? czy wzrost wydatków zależy faktycznie od formy płatności a nie od osobowości konsumenta ?
Jedyne co mi się wygooglało to wypowiedzi dzienikarzy bez podania źródeł czy artykuł Ramseya http://www.daveramsey.com/article/the-truth-about… , bazujący na tym, że McDonaldzie rachunki płacone kartą były dużo wyższe.
To akurat mnie nie dziwi – jeśli kupuję jedną colę, to zapłacę gotówką żeby nie przedłużać kolejki, a jeśli płacę za lunch dla całej rodziny to wyciągnę kartę, bo chcę dostać darmowy kredyt i zapłacić za dwa miesiące a nie teraz.
Pingback: Gotówka czy karta kredytowa – jak płacić? | Portfel Domowy
Tutaj można powtarzać jak mantrę za Get Rich Slowly: "do what works for you".
Mnie osobiście gotówka parzy w ręce i mam potrzebę jej wydawania. Z kartami nie mam takiego problemu.
Jeśli chodzi o karty debetowe, to fajne jest rozwiązanie Polbanku – przypisanie karty do konta oszczędnościowego. W innym przypadku, gdy trzeba trzymać środki na RORze by móc z nich korzystać, to jest to dla mnie strata pieniędzy.
Program lojalnościowe w kartach kredytowych są fajne ale takie solidne jak moneyback 1% (Polbank/Alior) lub stały rabat 1,5% + bonus do 10% (Visa Carrefour) . Pozostałe jak Miles & More/Premium Club czy Payback to zawracanie głowy.
Magdalaena, chwała osobom które nie rozróżniają rodzaju pieniądza i tak samo kontrolują finanse bez względu na formę zapłaty, ale jednak tak rzeczywiście jest, że z karty płatniczej lub kredytówki uciekają szybciej wielu osobom z jednego prozaicznego powodu – nie są namacalne, realne tu i teraz i nie widać, jak portfel pustoszeje. Dotyczy to większości moich znajomych i kiedyś mnie samej.
Ale jedni szybciej wydają z karty, dużo mniej osób gotówkę. Trzeba chyba zawsze na sobie samym empirycznie sprawdzić :)
No właśnie, bardzo słuszne pytania postawiła Magdalaena. Dużo zależy od tego, jaka to była grupa (wiek, płeć, dochody), czy gdzie było prowadzone badanie (różnice kulturowe). Zazwyczaj cytuje się dość ogólnikowo wyniki badań przeprowadzane zresztą w większości na amerykańskich studentach psychologii, co niekoniecznie musi się przekładać na przykład na polskich emerytów. Powszechnym błędem jest też mówienie o związku przyczynowo-skutkowym, podczas gdy mamy do czynienia tylko z korelacją. I wreszcie co nam mówi średnia? Zazwyczaj niewiele. Jeżeli jakaś grupa robiąc zakupy wydała średnio o 12% więcej płacąc kartą, to w tej grupie mogły być osoby, które wydały o 50% wiecej i takie, które wydały znacznie mniej. Dla mnie o wiele bardziej interesująca byłaby analiza, czym te osoby się różniły. Sorry, długie, ale to trochę mój konik :-)
Pingback: Oszczędzanie pieniędzy: Jak zerwać z rozrzutnością? — Oszczędzanie pieniędzy i nie tylko...
zdecydowanie wolę płacić kartą, nigdy nie wydaję ponad to co znajduje się na koncie, bo nie mam takiej możliwości, natomiast jeśli wypłacam to przyjmuję swój stan konta za taki jaki jest po wypłaceniu pieniędzy, przez co gotówka staje się jakoby wolnymi pieniędzmi, które można przeznaczyć na bzdety