“Bogaty człowiek niegdyś powiedział: gdybyś wziął wszystkie pieniądze z całego świata i rozdzielił je po równo między wszystkich mieszkańców, niedługo znalazłyby się ponownie w tych samych kieszeniach, z których zostały zabrane”?
Dlaczego w stwierdzeniu:
“jeżeli komuś nie wystarczy na życie tysiąc złotych miesięcznie, nie wyżyje też za pięć tysięcy”,
również jest tyle prawdy?
Dlaczego nikt nie chce dostrzec najprostszej drogi do bogactwa?
Dlaczego nie oszczędzamy pieniędzy?
Popularity: 46% [?]
Bo nie każdy dotrze do chociażby “Bogaty ojciec, biedny ojciec” a nawet jeśli to nie zrozumie sensu tej książki bo niestety dla większości mieszkańców, w szczególności naszego kraju, bliższa jest idea “Zastaw sie a postaw się”.
Zdecydowanie zgadzam się z przedpiścą… Trafna obserwacja. Jeśli sąsiad coś ma, to ja też chcę. Nieważne, że mi to niepotrzebne…
Kurcze, Panowie… przecież świadomość tego, czego nie powinno się robić, to już połowa sukcesu! Teraz wystarczy tylko… nie zastawiać się ;-)
Ja, przykładowo, mam gdzieś, co ma sąsiad. Stać go? To niech ma. Na zdrowie i niech mu dobrze służy. Jestem zwolennikiem świadomego kupowania, o czym zresztą wspominałem na blogu.
moim najwiekszym i stałym wydatkiem to moja żona…
jestem z natury oszczędny ale każdą moją oszczędność roztwonić jest w stanie żona..
i jak tu oszczędzać
@stefek:
Widzę dwa rozwiązania:
1) Szczera rozmowa z żoną na temat finansów. Do tego ustalenie wspólnych planów finansowych, budżetów na każdy miesiąc, a nawet omówienie takich kwestii jak wydatki na żywność, kosmetyki, ubrania itp.
2) Jeżeli (1) nie poskutkuje (a powinno), można sprawę rozwiązać nieco konkretniejszym sposobem: własne konto oszczędnościowe, do którego nie ma karty i do którego żona nie będzie miała dostępu (nawet jako współmałżonka), na którym pieniądze odkładane byłyby zgodnie z zasadą “najpierw płać sobie”. Oczywiście pieniądze gromadzone na tym koncie byłyby “święte”, czyli przeznaczone na konkretny cel, np. finansową niezależność czy późniejsze inwestycje.
Mam jednak nadzieję, że rozmowa wystarczy :-)
Daj znać, jak poszło.
rozmowy już przeprowadzałem .. wielokrotnie.. :) źle to się zazwyczaj kończyło ..
gdyby chociaż pracowała to trwoniła by tylko swoje pieniądze .. ja ze swoich byłbym w stanie zrobić spore oszczędności
w przypadku mojej żony doskonale sprawdza się to powiedzenie .. że kto nie utrzyma się za tysiąc nie utrzyma się i za pięć tysięcy. Kilka ostatnich podwyżek zostało zupełnie roztrwonionych. Zarabiam dwukrotnie więcej niż przed rokiem a i tak nie mogę nic zaoszczędzić - a mam ku temu świetne warunki .. absolutny brak kredytów - własne mieszkanie, prawie nowy samochód.. czyli wydatków w perspektywie żadnych.
Ja oszczędności nauczyłem się gdy żyłem samodzielnie.. za głodową pensje.. było fajnie.. zakup piwa był zaplanowany w budżecie. Moja żona nigdy nie była samodzielna i zawsze była wspierana finansowo przez rodziców i to chyba przyczyna wszystkiego.
@stefek:
No to pozostaje Ci opcja druga, która niestety wydaje się wręcz koniecznością, skoro Twoja małżonka nie pracuje. Wyobraź sobie, że tracisz pracę i co wtedy? Na żonę nie można liczyć, a kasy na koncie praktycznie nie ma… czas na męską decyzję i konkretne działania. Teraz narzeka i marudzi o pieniądze… gdy ich nie będzie - też pewnie będzie narzekała. Musisz wziąć sprawy w swoje ręce, póki możesz.
Prawda jest straszna. Ja już w sumie “tego nie mam”, a na takich ludzi, którzy wydają w ten sposób patrzę i myślę, że chwała im, bo napędzają gospodarkę. A w tym czasie ja mogę zamiast myśleć “jak to kupić?” myśleć “jak by się wzbogacić?” ;-)