Stali czytelnicy bloga wiedzą, że jestem sceptycznie nastawiony do budżetowania. Po prostu sam przekonałem się, że nie mam do tego cierpliwości i wiem, że 95% ludzi podobnie nie będzie jej miało. Owszem, może niektórzy pociągną proces przez kilka miesięcy, może nawet i pół roku, ale i tak powoli zaczną od tego odchodzić. Na polu walki zostaną tylko najbardziej wytrwali.
Budżetowanie sugeruję zastąpić stereotypowym płaceniem sobie najpierw i życiem z tego, co zostanie. Kolejność jest tu dość prosta: płacę sobie najpierw, potem czynsz, rachunki, jedzenie i inne potrzebne do życia sprawy (w tym rozrywki). Tym co zostanie dysponuję wedle uznania, choć nie oznacza to, że całą kaskę wydaję.
Blisko dwa lata praktycznego stosowania tego podejścia przekonują mnie, że sposób ten sprawdza się doskonale, niemniej jednak obarczony jest on jedną wadą: nie można uzyskać odpowiedzi na jedno z najistotniejszych pytań z dziedziny finansów osobistych. Brzmi ono:
Dokąd idą moje pieniądze?
Warto to wiedzieć, bo dzięki temu uzyskuje się pewien punkt odniesienia, który pozwoli na optymalizację wydatków, a co za tym idzie potencjalny wzrost zarówno oszczędności. Jak sugeruje Peter Druecker: „jeżeli możesz coś zmierzyć, możesz to poprawić”.
Postanowiłem zatem, że we wrześniu będę śledził wydatki moje i Kasi. Jest to dobry moment, bo zaczynamy nasze ustawianie się we Wrocławiu, co przekłada się na pewien restart po całym tym ostatnim podróżowaniu.
Oto, jak się za to zabrałem:
- Uzgodniliśmy, że zabieramy każdy paragon i nigdy nie zostawiamy niczego w pamięci. Jeżeli trzeba, zapisuję wydatki w telefonie. Informacje o przelewach czy impulsowo-okazyjnych zakupach z AppStore również natychmiast odnotowuje. Tylko jedno z nas jest odpowiedzialne za zbieranie i księgowanie paragonów (w tym wypadku ja).
- Założyłem sobie prosty arkusz kalkulacyjny, w którym co kilka dni umieszczam dane z paragonów i notatek. Nie sporządziłem go według żadnego wzoru, nie korzystam z gotowych szablonów. Chcę wypracować samodzielny system, bo mam wrażenie, że z tych opisanych w różnych książkach korzystają chyba tylko ich autorzy.
- Paragony, które zostały przepisane od razu wyrzucam. Pozwoli to uniknąć zapisania tych samych wydatków po raz drugi.
- Nie zależy mi na tym, żeby znać nasze wydatki co do grosza. Nie dzielę ich też na dziesiątki udziwnionych kategorii. Chcę po prostu mieć ogólny pogląd na to, dokąd idą nasze pieniądze.
- Jest to pierwsza odsłona systemu, na bazie której będę poszukiwał dalszych uproszczeń i optymalizacji. Kieruję się jedną zasadą: system ma być możliwie jak najmniej upierdliwy. Jeżeli będę się męczył, narobię zaległości lub uznam, że szkoda zachodu, dam sobie spokój i pozostanę przy sprawdzonym sposobie „płać sobie najpierw i wyżyj z reszty”.
Liczę na to, że dzięki zdobytym informacjom uda się nam uniknąć zbędnych lub nieprzemyślanych wydatków i w konsekwencji troszkę więcej zaoszczędzić.
Co Wy na to? Macie jakieś spostrzeżenia? Może stosujecie własne sposoby kontroli wydatków? A może po prostu wolicie życie od pierwszego do pierwszego? Podzielcie się opiniami w komentarzach.
Ja juz od ponad roku spisuje kazdy wydatek i przychod. Oczywiscie pierwsze pol roku to byla walka ze soba aby sie przyzwyczaic. Na poczatku trudno bylo wpisywac wszystko bo nie mialam odwagi spogladac do arkusza, szczegolnie kiedy przecholowalam ;) Ja jestem z tych co do grosza spisuje wszystko, z rozbiciem na obecnie 9 gl. kategorii (30 podkategorii) z dokladnoscia co do tygodnia, z podsumowaniem miesiacznym. ufff.. przeczytalam to co wlasnie napisalam i doszlam do wniosku ze jestem swirem ;D okresy mniejszego zaangazowania w spisywanie byly ale ostatecznie zawsze wracam, gdyz daje mi to poczucie bezpieczenstwa i kontroli.
Mój sposób polega na eksporcie historii rachunku bankowego do pliku exela. Potem tylko wystarczy uzupełnić plik odpowiednimi wpisami. Przynajmniej tak ja próbuje to kontrolować :)
Pozdrawiam
Moja kontrola wydatków polega na wpisywaniu na specjalnej kartce podzielonej na 5 kategorii na co idą pieniądze: auto/paliwo/prasa/jedzenie/inne, ciąg taki jest poprzedzony datą. Zapisy w takiej formie prowadzę od 1,5 roku i jestem zadowolony bo są proste i praktycznie nie absorbują mojej energii a dzięki nim mam finanse pod kontrolą. Dokonuję ich codziennie, ew. na drugi dzień, jak już dokonam zapisu to wyrzucam paragon, chyba, że jest potrzebny do gwarancji na dany produkt.
Amijami, nie jesteś świrem – po prostu propagujesz to, co dla Ciebie działa. Trzymaj tak dalej! :-)
Adalis, mam rozumieć, że zawsze płacisz kartą? Jak, o ile w ogóle, śledzisz poszczególne kategorie wydatków?
Garfield, ciekawie kategoryzujesz wydatki. Podoba mi się ta prostota, ale odnoszę wrażenie, że gdyby mniej wydatków ukrywać pod "innymi", to można by wyciągnąć ciekawsze i bardziej trafne wnioski dot. rozchodów.
"gdyby mniej wydatków ukrywać pod “innymi”, to można by wyciągnąć ciekawsze i bardziej trafne wnioski"
Paweł, powiem ci, że kiedyś miałem trochę bardziej szczegółową listę ale mi się nie sprawdziła. Może dlatego, że jeszcze nie pracuję a studiuję i mieszkam razem z rodzicami, więc nie mam za dużo innych wydatków, powiem Ci, że te "inne" to jest parę rzeczy na miesiąc tak, że pamiętam co to były za wydatki nawet po długim czasie, są to przeważnie: fryzjer, jakieś art. papiernicze potrzebne w życiu studenta i czasami jakieś wyjście ze znajomymi na pizzę.
"mam rozumieć, że zawsze płacisz kartą? Jak, o ile w ogóle, śledzisz poszczególne kategorie wydatków?"
Nie zawsze płace kartą dlatego potem uzupełniam plik exel-a w odpowiednie komentarze. Szczerze to nie mam specjalnie jakiegoś podziału na kategorie, jedynie w głowie podstawowe spawy takie jak auto, jedzenie, mieszkanie… Mam założenie, iż w tygodniu mogę wydać określoną kwotę i tego staram się trzymać. Póki co sprawdza się.
Garfield, faktycznie w tym okresie życia nie potrzeba aż tak rozróżniać wydatków. Poza tym im prostszy system (mniej kategorii), tym łatwiej nad nim zapanować i kontynuować.
Adalis, moja pamięć niestety jest ulotna, więc jak najmniej trzymam w głowie. Natomiast ograniczanie się do dysponowania co tydzień z góry określoną kwotą to całkiem interesujący pomysł! Muszę przetestować to podejście.
Mam na pendrivie specjalnie przygotowany plik Excela. Został przygotowany w taki sposób, żebym miał kontrolę nad swoimi przepływami pieniężnymi. To nie jest wcale męczące. Wystarczy w każdym sklepie zabierać ze sobą rachunek i wieczorkiem poświęcić kilka minut do wprowadzenia danych ze wszystkich dziennych wydatków i ewentualnych przychodów. Dzięki temu mam na bieżąco dokładne informacje o stanie mojego "majątku".
Co do pomysłu "płacenia sobie najpierw": nie jestem zwolennikiem tego sposobu oszczędzania. Sama zasada nie jest zła, ale co zrobić jeśli na koniec miesiąca zabraknie mi na chlebuś (albo pączusia:)? Nie, zdecydowanie budżetowanie jest lepszym sposobem. Dopiero, gdy wiem ile w przybliżeniu wydam w następnym miesiącu, pozwolę sobie na odłożenie jakiejś kwoty. Podobnie jak z każdym przedsięwzięciem w życiu, także swoje finanse trzeba inteligentnie planować. Bez konkretnego planowania lepiej nawet nie zabierajmy się za oszczędzanie.
Wojtku, to płacenie sobie najpierw to trochę psychologiczne podejście do oszczędzania. Widzisz, gdy zabudżetujesz oszczędności, a będziesz chciał pączusia, to oszczędzisz mniej, albo nic. Natomiast gdy płacisz sobie najpierw zawsze zaoszczędzisz. Będziesz po prostu musiał tak kombinować, żeby skądś wziąć pieniądze na ciasteczko. Płacić sobie najpierw jest zatem równoznaczne z nadaniem oszczędzaniu wyższego priorytetu.
Oczywiście, chodzi głównie o wyższy priorytet dla oszczędzania. Spotkałem się jednak z opinią (na pewnym spotkaniu biznesowym), żeby płacić coś na siebie, nie przejmując się rachunkami. Najpierw oszczędności, potem zobowiązania – taki był wydźwięk tego wywodu. Ja zawsze na początku miesiąca przeprowadzam krótką analizę spodziewanych wydatków (tych obowiązkowych, nie chodzi o rozrywki), do tego dodaję niewielki "bufor" (powiedzmy, dodatkowa stówkę – tak na wszelki wypadek). Reszta idzie na inwestycje i oszczędności. W ciągu miesiąca koryguję założenia, jeśli wpadnie do mojej kieszeni nieco dodatkowej gotówki.
Oczywiście dla mnie oszczędzanie jest priorytetem nr 1. Najpierw jednak zawsze opłacam rachunki. Jakoś nie motywuje mnie do większego działania presja czasu, kiedy zbliża się termin zapłacenia kolejnej raty za laptopa. Wolę mieć zawczasu przygotowane pieniądze.
Ale jakie są z tego wnioski??
Pingback: 3 powody dla których warto kontrolować wydatki | Biznes
ja mam swoj arkusz kalkulacyjny i tak jak autor bloga sama skroilam go na wlasne potrzeby. miesiac-dwa troche ewoluowal. wpisuje dokladnie kazdy wydatek i kazdy dochod, planuje jednoczesnie wydatki przyszlych okresow. zajmuje mi to kilka minut dziennie (albo i mniej), ale fajnie widziec jak poziom moich oszczednosci z miesiaca na miesiac rosnie :)
Pingback: Oszczędzanie pieniędzy: Bogaty znaczy oszczędzający — Oszczędzanie pieniędzy i nie tylko...
My też mamy excela, ale robimy inaczej. Na początku miesiąca odkładamy 10% zarobków na lokatę jednodniową na subkoncie. Potem odliczamy wartość wydatków obowiązkowych znaną na podstawie excela (rachunki, paliwo, jedzenie dla psa, przewidziane większe wydatki na ten miesiąc). Odkładamy ją na konto "rachunkowe". Reszta jest to wydania z założeniem, że WSZYSTKO, co skapnie w ciągu miesiąca również idzie do odłożenia. Rezultat – w ubiegłym roku oszczędziliśmy 20% przychodów.
Nie prowadzimy natomiast analizy zakupów, ponieważ nie chcemy się nawzajem kontrolować odnośnie wydatków i zdradzać przed partnerem na co i ile wydajemy :-)))) Myślę, że jakbym sama prowadziła gospodarstwo, to na pewno bym zapisywała wydatki np. na jedzenie.
Ja korzystam z MoneyManageraEX – początkowo stworzyłem budżet bardzo okrojony z czasem wprowadzałem nowe kategorie i teraz wiem dokładnie na co ile wydaje. Co wieczór poświęcam kilka minut na wpisanie do programu pieniędzy, które w danym dniu wydałem. Muszę powiedzieć, że teraz potrafię dokładnie określić ile wydam w danym miesiącu na np. mięso, nabiał czy benzynę (oczywiście zdarzają się niespodziewane wydatki ale rzadko) dzięki dokładnej analizie wydatków i budżetowania potrafiłem ustalić tak moje wydatki, że kredyt, który miałem spłacić do końca 2012 roku już został spłacony (przy jednoczesnym oszczędzaniu minimalnej kwoty na fundusz awaryjny również uwzględniony w budżecie) Pierwsze miesiące to była walka z samym sobą ale teraz jest to nawyk.