Fundusze Oszczędnościowe – Podsumowanie

Ostatnich kilka artykułów poświęciłem na dokładne rozpisanie stosowanego przeze mnie sposobu na dystrybucję zaoszczędzonych środków na różne cele. Poskładałem go samodzielnie, na podstawie przeżyć moich, bliskich mi ludzi i porad różnych specjalistów od finansów osobistych. Z doświadczenia mogę napisać, że ta strategia sprawdza się doskonale i z czystym sumieniem rekomenduję ją każdemu, kto głowi się na tym, co w pierwszej kolejności zrobić z zaoszczędzonymi pieniędzmi.

Reasumując, proponuję utworzenie czterech kont oszczędnościowych, nazywanych roboczo funduszami:

Bank dowolny (ja mam w mBanku, 4.5%), ale ważne, aby oprocentowanie pozwalało na ochronę oszczędności przed negatywnym wpływem inflacji.

Fundusze oszczędnościowe krok po kroku…

ETAP I. Zbuduj fundament.

Fundamentem oszczędzania jest fundusz awaryjny i to od jego utworzenia powinniśmy zacząć. Jeżeli przy okazji oszczędzania spłacamy dodatkowo jakieś kredyty, połowa oszczędności idzie na fundusz awaryjny, a połowa na nadpłaty kredytu (naturalnie o ile da się to w jakiś sensowny sposób z bankiem załatwić). Powodem po temu są doświadczenia Davida Bacha, który zaobserwował, że ludzie, którzy tylko spłacali kredyt byli o wiele mniej szczęśliwi i zmotywowani od tych, którzy jednocześnie spłacali zobowiązania i tworzyli swoje bogactwo. Nie zabieraj się za odkładanie na inne dopóki nie zbudujesz tego funduszu.

ETAP II. Odłóż na inwestycje.

Następny w kolejce jest fundusz inwestycyjny. Określ wielkość pierwszej transzy, jaką chcesz odłożyć na ten cel (proponuję co najmniej 1000 złotych). Gdy odłożysz pieniądze, zastanów się nad ich zainwestowaniem. Pamiętaj o trzech zasadach:

  • inwestuj tylko w to, co znasz i rozumiesz; jeżeli nie rozumiesz, zainwestuj w wiedzę potrzebną do zrozumienia,
  • nigdy nie wkładaj wszystkich jaj do tego samego koszyka, czyli nie inwestuj całości kwoty w jeden instrument,
  • nigdy nie inwestuj na raz całości swoich środków, bo w przypadku pojawienia się okazji, nie będziesz w stanie z niej skorzystać.

ETAP III. Coś od życia się należy…

Od tej pory można równolegle odkładać na inwestycje i rozrywkę, przy czym odradzam przeznaczanie więcej, niż 20-tu procent oszczędności na ten drugi cel, ponieważ – mówiąc wprost – wydłużamy w ten sposób dążenie do finansowej niezależności.

ETAP IV. Korygowanie.

Napiszę wprost: odkładanie na wyżej wymienione fundusze jest sprawą długoterminową. Po drodze może wydarzyć się wiele rzeczy i trzeba pamiętać o tym, żeby być elastycznym i zostawić sobie pole do manewru. Przykładowo, znajdujesz się już na etapie drugim, ale wydarzyło się coś, co zmusiło Cię do skorzystania z części środków z funduszu awaryjnego, zatem zaraz po rozwiązaniu problemu trzeba go zacząć odbudowywać. W tym wypadku kolejne oszczędności trzeba podzielić na dwie części (niekoniecznie równe) i przeznaczyć zarówno na fundusz inwestycyjny, jak i odbudowę funduszu awaryjnego. Albo… odłożyłeś już zaplanowaną kwotę na fundusz planowy, więc teraz możesz rozdysponowywać pozostałe oszczędności nieco inaczej, niż dotychczas. Przykładów można mnożyć, więc podam tylko wytyczne, którymi proponuję się kierować w decyzjach odnośnie funduszy (od największego priorytetu do najmniejszego):

  • fundusz awaryjny to ochrona i podstawa, więc ma najwyższy priorytet,
  • fundusz inwestycyjny jest drugi w kolejności, bo ma Ci zapewnić finansową niezależność,
  • fundusz planowy jako trzeci, ponieważ pomoże Tobie w realizacji innych, ważnych planów,
  • fundusz rozrywkowy jest ostatni, ponieważ czasem trzeba zrezygnować z przyjemności na rzecz spraw wyższej wagi.

Fundusz Planowy

Fundusz planowy funkcjonuje na nieco innych zasadach i niejako równolegle w stosunku do pozostałych funduszy. Powód po temu jest prosty: skoro mamy jakieś zaplanowane, istotne wydatki, to trzeba na nie zawczasu odłożyć, aby można było je sfinansować w całości lub chociaż części.

Zatem, gdy znajdujesz się na pierwszym etapie, przeznacz także pewien procent oszczędności na zaplanowane wydatki. Nie definiuję go z góry, bo ma on charakter subiektywny i w dużej mierze zależy od wagi zaplanowanych zadań, ale proponuję przeznaczyć na ten cel nie więcej, niż 20% oszczędzanych środków. Dzięki temu ciągle utrzymasz tempo budowy funduszu awaryjnego.

Będąc na drugim etapie proponuję nie przekraczać 30-tu procent oszczędności na zaplanowane zadania, aby jak najszybciej zdobyć środki do zainwestowania.

Etap trzeci pozwala na nieco większą swobodę, ponieważ w tym momencie jesteśmy już zabezpieczeni finansowo i rozpoczęliśmy inwestowanie. Stąd proponuję przeznaczyć 60% oszczędności na rozbudowę funduszu inwestycyjnego, natomiast pozostałe 40% rozdzielić między ewentualną odbudowę/rozbudowę funduszu awaryjnego, rozrywkę i plany, w zależności od priorytetów.

Jak ja oszczędzam?

U mnie sprawa jest prosta:

  • Fundusz Awaryjny: 20% oszczędności. Muszę rozbudować fundusz awaryjny, ponieważ założone wcześniej 3000 złotych to będzie za mało.
  • Fundusz Inwestycyjny: 60% oszczędności. Środki na inwestycje mają dla mnie obecnie największy priorytet, ponieważ zdaję sobie sprawę z tego, że inwestowanie to jedna z wielu dróg do mojego celu: niezależności finansowej.
  • Fundusz Rozrywkowy: 20% oszczędności. Mam kilka hedonistycznych wydatków w planach (nowy iPhone, MacBook, Heineken Open’er Festival), więc odkładam na nie zawczasu.
  • Fundusz Planowy: 0% oszczędności. Aktualnie jeżdżę po świecie i żyję z dnia na dzień, więc jakichś sprecyzowanych wydatków nie mam. Gdy się pojawią, ta wartość wzrośnie – zapewne kosztem rozrywek.

Rada na koniec

Znając swoje podejście do wielu spraw i będąc praktykiem ogólnie pojętego lenistwa 2.0 jestem ogromnym zwolennikiem filozofii Davida Bacha, którą można zawrzeć w trzech słowach:

MAKE IT AUTOMATIC

czyli: zautomatyzuj to ;-)

Zatem, proponuję Ci proste działanie, które uczyni dla Ciebie oszczędzanie wygodnym, przyjemnym i praktycznie przestaniesz się o nie martwić. Cały proces wygląda tak:

  1. Określ swoje średnie miesięczne przychody. Chodzi głównie o etat, umowy o dzieło, programy partnerskie itp.
  2. Ustal ile chcesz oszczędzać. Możesz zacząć nawet od 1% i stopniowo zwiększać tę wartość, ale generalnie zaleca się odkładanie co najmniej 10-ciu procent miesięcznych przychodów (ja dążę do 40-tu procent).
  3. Zorientuj się, na jakim etapie oszczędzania się znajdujesz.
  4. Podziel oszczędności na poszczególne fundusze, pamiętając o ich priorytetach i postępowaniu według przedstawionych kroków.
  5. Zdefiniuj zlecenia stałe, które automatycznie, dzień po Twojej wypłacie, przeleją odpowiednie kwoty na poszczególne konta/subkonta oszczędnościowe.
  6. Co dwa miesiące sprawdzaj czy wszystko jest OK i ewentualnie wróć do punktu 3 tej listy.

Banalna sprawa, a nie dość, że zdejmie z Ciebie konieczność wykonywania wszystkich tych czynności, to jeszcze… będzie się odbywała automatycznie :D

Stosuję ten autorski system od ponad roku i jestem z niego bardzo zadowolony, dlatego gorąco zachęcam Ciebie do tego, abyś postępował w podobny sposób. Jestem pewien, że się nie zawiedziesz, a Twoje pieniądze powoli zaczną prowadzić Cię do ostatecznego celu, jakimi są… finansowa niezależność i ogólnie pojęty, świety spokój :-)

Fundusz Planowy

Ostatnim, z funduszy, na które dzielę swoje oszczędności jest fundusz planowy. Podobnie, jak i fundusz rozrywkowy, początki swoje wziął z obserwacji postępowania mojego i innych ludzi w podejmowaniu decyzji finansowych, nazwijmy je, większej wagi. Póki co niewiele o nim było na blogu z prostej przyczyny: bieżący styl życia, jaki prowadzę, uniemożliwia mi długofalowe planowanie, więc nie było sensu nawet o nim wspominać.

Jak łatwo wydedukować z nazwy, fundusz planowy służy do odkładania pieniędzy na świadomie zaplanowane, istotne działania. Chodzi tu konkretnie o takie sprawy, jak: remont łazienki, zakup nowych mebli, pierwsza wpłata przy kupnie mieszkania, wesele własne/dziecka, zmiana samochodu, potrzebny sprzęt AGD itp. wydatki większe, niż około 1000 złotych. Sprawy takie jak planowany wyjazd wakacyjny czy droższy sprzęt RTV nie wchodzą tutaj w grę – od tego jest fundusz rozrywkowy.

Kluczowym słowem w charakterystyce działania tego funduszu jest planowy. Typowy Kowalski robi tak: wchodzi do łazienki, patrzy na krany, kibelek, wannę i nagle doznaje olśnienia – „Trzeba zrobić remont!”. Bierze zatem kasę z konta, robi zakupy i kuje ściany lub wpuszcza ekipę remontową. Dobrze, jeżeli tą kasą dysponuje ad hoc, co jednak nieczęsto się zdarza i często popycha do zaciągnięcia kredytu.

Ja natomiast proponuję, aby na początku każdego roku (czy nawet co pół) poświęcić kilka godzin na to, aby przejrzeć swój dobytek i zaplanować najważniejsze wydatki na dany rok (półrocze). Przecież już wtedy wiadomo, że pewne sprawy za jakiś czas będą wymagały naszej uwagi. Mówiąc wprost: widać symptomy przyszłych, koniecznych wydatków. Niestety, albo się w ogóle nie rozglądamy za nimi, albo… nie chcemy ich zauważyć. Czasem pralka zaczyna rzęzić, coś w aucie stuka, odpada tynk ze ścian… po prostu widać, że coś „długo nie pociągnie”. Zatem, czy nie lepiej od razu zaplanować te wydatki i odkładać pieniądze na pokrycie ich w całości lub chociaż częściowo? Ja uważam, że tak. Przynajmniej dzięki temu nie będziemy nadużywali funduszu awaryjnego, gdy już spotka nas jakieś nieszczęście, i w całości lub chociaż w części pokryjemy koszty remontu/ulepszenia.

Ile odkładać na fundusz planowy? Odpowiedź na to pytanie jest dość trudna ze względu na subiektywny charakter planowania. Po pierwsze, nie odkładałbym na ten cel więcej, niż 40% zaoszczędzonej kwoty w przypadku gdy mamy już zbudowany fundusz awaryjny i 20%, gdy ten fundusz jest w trakcie tworzenia. Warto czasem zmniejszyć dotacje na fundusz rozrywkowy, aby pozyskanymi w ten sposób środkami zasilić fundusz planowy. Druga sprawa to to, że wielkość tego funduszu powinna być znana – w końcu są to działania zaplanowane – więc można kwotę końcową podzielić na ilość miesięcy czy cykli rozliczeniowych do pierwszego zapotrzebowania na planowe wydatki i wtedy wiadomo co do wartości, ile odkładać.

Reasumując, to ile odłożyć zależy od Twojego planu, a w tym wpisie pragnę Cię właśnie zachęcić do definiowania przyszłych, koniecznych wydatków i przygotowania się do ich poniesienia. Nie ważne, czy odłożysz całość czy tylko część kwoty potrzebnej na realizację planu…

…i tak będzie Ci lżej.

Fundusz Rozrywkowy

Kontynuując cykl omawiania „funduszy”, na które można podzielić swoje oszczędności, dochodzimy do dwóch ostatnich, ale nie mniej ważnych – funduszu rozrywkowego i funduszu planowego. W dzisiejszym wpisie zajmę się tym pierwszym.

Bez owijania w bawełnę napiszę, że każdy z nas potrzebuje rożnego rodzaju rozrywek czy rzeczy materialnych, które pozytywnie wpływają na ego, poprawiają humor, są spełnieniem marzeń czy po prostu chce się je mieć lub ich doświadczyć. Nie mówię teraz o dobrym winie, czy sukience – mam za to na myśli rzeczy nieco droższe, np. konsola do gier, nowa komórka, plazma, boxset filmów o Bondzie na dvd, wyjazd na weekend w jakieś fajne miejsce itp. Gdy standardowy Kowalski upatrzy sobie jakąś taką rzecz, typowym działaniem jest pójście do sklepu i kupienie – bez względu czy za gotówkę, czy (nie polecam) na kredyt. Osobiście nie mam nic przeciwko, ale zachęcam do odkładania zakupów na pewien czas, aby uniknąć kupowania pod wpływem impulsu.

Naturalnie takich rzeczy nie kupuje się codziennie, raczej raz na kilka miesięcy. I właśnie tu z pomocą przychodzi fundusz rozrywkowy, czyli świadomie odkładane pieniądze na przyszłe zachcianki. Muszę zaznaczyć, że dla osoby łatwo poddającej się impulsom w zakupach, ten fundusz do niczego się nie przyda, ponieważ co chwilę będzie na nim magiczne zero złotych. Za to dla osób, które sprawiają sobie droższe rzeczy raz na jakiś czas (czyli między innymi mnie), jest to doskonały sposób na – z jednej strony – łatwiejsze sfinansowanie zakupu, a z drugiej – na znacznie mniejsze obciążenie bieżącego budżetu.

Skąd pomysł na ten fundusz? Kilka razy zdarzyło mi się, że znalazłem się w sytuacji, w której kupno rzeczy praktycznie wyczyściło moje konto prawie do cna i ciesząc się nowym nabytkiem (najczęściej nową komórką), praktycznie „leciałem na oparach” (wiem wiem, bezmyślne, ale co poradzić – taki kiedyś byłem). Raz sprawa poszła dość daleko, bo jeden z moich pracodawców spóźnił się z wypłatą i zostałem praktycznie bez pieniędzy. Od tamtej pory postanowiłem, że będę odkładał na zachcianki, bo nawet jeżeli nie opłacę ich z tego funduszu w całości, to w podobnej sytuacji zostanie mi na chociaż na jedzenie ;-)

Reasumując, jesteśmy ludźmi i lubimy rzeczy materialne. Mając tego świadomość, uważam, że lepiej zawczasu przygotować się na wydatki, które i tak poniesiemy – będzie wtedy po prostu łatwiej. Pozostaje pytanie: ile odkładać? Ja na ten cel przeznaczam 1/5 oszczędności i póki co jest to część prawie idealnie dopasowana do moich potrzeb. Bez najmniejszego problemu jednak mógłbym zmniejszyć tę wartość lub nawet na pewien czas sprowadzić do zera, jeżeli zaszła by taka potrzeba. Uważam też, że wszystko zależy od tego co kogo interesuje. Sugerowałbym jednak, aby nie przekraczać poziomu 20% oszczędności, bo – jak by nie było – o wiele ważniejsze jest zbudowanie finansowej ochrony i pomnażanie oszczędności, niż rozrywka.

Przynajmniej dla kogoś, kto poważnie myśli o niezależności finansowej…

Zarządzanie czasem po mojemu, czyli co i komu ukradłem tworząc STD.

Ostatnio w oszczędnej blogosferze zaczęły się pojawiać tematy związane z efektywnym wykorzystaniem czasu. Przed chwilą przeczytałem na blogu Rentiera ciekawy artykuł nt. zarządzania czasem. Co ciekawe, artykuł był reakcją na inny artykuł z blogu Studenta Inwestującego. Reasumując, Student zachęca do stosowania plannera online Backpackit i/lub kombo notatnik+ołówek, natomiast Rentier omawia dwie metody: Andrew Carnegiego i Briana Tracy (a przynajmniej od niego o niej usłyszałem).

Najbliższa mi jest metoda Carnegiego, ale gdybym miał być szczery, to moje podejście do zarządzania czasem jest połączeniem pomysłów kilku speców od optymalizacji wykorzystania czasu: Tima Ferrisa, Davida Allena, Leo Babauty i wspomnianego Carnegiego.

Zatem po kolei…

Od Davida Allena, a konkretniej z jego Getting Things Done, przywłaszczyłem sobie zasadę: jeżeli wykonanie czegoś zajmie Ci mniej niż dwie minuty, zrób to teraz. I robię to dokładnie w chwili tworzenia listy, więc od razu pozbywam się niezwykle mało istotnych zadań, które jednak muszę wykonać.

Leo Babaucie podkradłem prostotę wykonania i obsługi listy. Konkretnie, zapisuję ją bez kolejności w moim Moleskinie, od myślników. Duże projekty zapisuję jako jeden myślnik, a rozpisuję na mniejsze działania w innym miejscu notesu. Ważny jest tu proces fizycznego zapisania listy na papierze, dzięki czemu poszczególne rzeczy do zrobienia nabierają materialnej postaci – wielu motywatorów, choćby Brian Tracy czy David Bach, uważają, że zapisane na papierze zadania są o wiele częściej realizowane do końca, niż te, które zostają w naszej głowie.

Andrew Carnegie pomógł mi, uświadamiając prostą rzecz: nawet jeżeli dziennie zrobię tylko jedną, zaplanowaną, istotną rzecz z mojej listy, to w ciągu roku i tak zrobię o wiele więcej, niż przeciętny człowiek i jednocześnie o wiele bardziej przybliżę się do swojego sukcesu. Wprawdzie zawsze staram się robić więcej, ale do utrzymania poziomu motywacji wystarczy mi jedynie wykonanie jednego zadania dziennie. Jeżeli w ciągu dnia nie skończę, to na drugi kontynuuję ten projekt. Nie jestem fanem robienia pięciu rzeczy w tym samym czasie.

Na koniec, Tim Ferriss natchnął mnie do przepisywania rzeczy do zrobienia w osobną część notesu i podzielenia ich na projekty do zrealizowania (lub ważne składowe tych projektów) i zadania mniej ważne. Projekt zbliża mnie do finansowej niezależności, natomiast zadania mniej ważne to sprawy, które powinienem wykonać tego dnia, np. zapłacić rachunki czy zrobić pranie. Staram się ograniczać do wykonania jednego, dwóch zadań z bieżącego projektu i najważniejszych zadań pobocznych.

Reasumując, mój złodziejsko-autorski system tworzenia i wykorzystania listy wygląda tak:

  1. Wypisuję ręcznie wszystkie rzeczy do zrobienia w notesie. Jeżeli coś mi zajmie mniej, niż 2 minuty, robię to w chwili tworzenia listy i nawet ich nie zapisuję. Duże projekty, złożone z kilku czynności składowych, również zapisuję przy jednym myślniku, a po utworzeniu listy rozpisuję na czynności składowe w innym miejscu. Nie zapisuję – pardon – pierdół w stylu: wypić kawę, obejrzeć Prison Breaka, pograć w Fallouta 3. Jeżeli jakieś zdarzenie ma deadline, np. miesięczne rozliczenie z fiskusem, to dopisuję do niego datę.
  2. Gdy lista jest gotowa, czytam ją i wybieram najważniejszy projekt, który chcę zrealizować. Kieruję się odpowiedzią na pytanie: „które z zadań wykonałbym jako jedyne, gdybym musiał jeszcze dziś wyjechać na miesiąc?” oraz staram się, aby wskazane działanie miało możliwie jak największy potencjał do generowania zysku. Oznaczam je zamalowując myślnik na kropkę.
  3. Przy okazji staram się podobnie oznaczyć działania z kończącym się deadline’em i te mniejszej wagi. O ile jest taka możliwość, wybieram maksymalnie 3-5 istotnych zadań pobocznych.
  4. Przeskakuję do sublisty z najważniejszego projektu i wybieram 1-2 rzeczy, które muszę wykonać, aby posunąć jego realizację do przodu. Również oznaczam je zamieniając myślnik na kropkę.
  5. Wypisuję wszystko na osobną kartkę lub w osobne miejsce w notesie. Oznaczam kartkę/notatkę datą (zazwyczaj dnia następnego, bo planuję naprzód), żebym wiedział co mam zrobić i nie musiał grzebać w liście. Czasem nawet przeskakuję ten krok, ponieważ przeglądając listę błyskawicznie – po kropkach – orientuję się co mam zrobić. Niemniej jednak doceniam działanie procesu zapisania zadań po raz kolejny – wtedy nie dość, że się utrwalają w pamięci, to jeszcze – i tutaj zgodzę się z Brianem Tracy – częściej i chętniej je wykonuję.
  6. Działam zgodnie z planem. Zadania wykonane wykreślam. Po załatwieniu wszystkich spraw, wracam do punktu 2 i zaczynam wszystko od nowa. Jeżeli po drodze pojawia się coś nowego, to dopisuję to do końca listy (pamiętam o zasadzie <2 min) i przy kolejnym przeglądaniu biorę pod uwagę. Co pewien czas przepisuję listę, aby pozbyć się nadmiaru wykreśleń i nieco ją skompaktować, ale muszę przyznać, że im więcej wykreślonych zadań w liście, tym lepiej się czuję.

Tak to w praktyce wygląda. Cały system ma nawet swoją nazwę, którą wymysliłem przy okazji składania zasad n-tej permutacji zarządzania listą, a jest nią STD, czyli Shit to do (serio i proszę nie mylić z Sexually Transmitted Diseases ;-). Nie jest może zbyt oryginalna, ale kiedyś przypadła mi do gustu i tak już zostało. Jak ktoś woli, może ją nazywać Z.P.O.P.W., czyli Zapisać Przeczytać Oznaczyć Przepisać Wykonać ;-)

Co powiecie na temat takiego podejścia do robienia list?