Praktyczne porady w oszczędzaniu pieniędzy #8

Ostatnio rozpisałem się na tematy związane z podsumowaniami, planami, moją obecną sytuacją i życiem w Holandii, zaniedbując przez to publikację cyklu praktycznych porad dla oszczędzających pieniądze. W związku z tym – w ramach odskoczni od wyjazdowego zamieszania – garść nowych sugestii, których wdrożenie nie nastręcza większych problemów, a przynosi wymierne korzyści finansowe :-)

Oto porady na dziś:

  1. Prysznic jest o wiele tańszy niż kąpiel. Zadziwiające, jak niewiele osób zdaje sobie z tego sprawę! Jeżeli do tego jeszcze jest on krótki i podzielony na fazy: 1) opłukanie się, 2) zakręcenie wody, 3) namydlenie, 4) opłukanie, 5) zakręcenie wody – oszczędności są jeszcze większe! Być może nieco nagnę prawdę, ale odnoszę wrażenie, że stosując powyższy algorytm równowartością jednej wanny wody umyją się co najmniej 3 osoby.
  2. Rozmawiaj o finansach ze swoją drugą połową. Nie ma nic gorszego od oszczędnej żony i męża, który wydaje pieniądze na dopieszczanie samochodu, czy oszczędnego męża i żony, kupującej co chwilę nowe buty/ciuchy/kosmetyki. Ustalcie wspólne cele i sposób dokładania się do utrzymania domu i dzieci. Niestety nie ma tutaj jasnej drogi, bo wszystko zależy od podejścia poszczególnych osób do pieniędzy, niemniej jednak już samo ustalenie budżetu w pozytywny sposób wpłynie na domowe finanse.
  3. Gdy podróżujesz, zawsze wcześniej dokładnie zaplanuj co zwiedzisz, gdzie zamieszkasz, jak będziesz poruszać się po lokacji oraz w jakich miejscach będziesz się żywić. Warto o tym wiedzieć zawczasu, zwłaszcza gdy planujesz turystyczny wyjazd na dłużej.
  4. Zawsze podczas podróży wykorzystuj możliwość zdobycia ulgowego biletu czy nawet darmowego wstępu. Osobiście na samym zwiedzaniu Akropolu zwróciła mi się karta Euro<26 wraz z ubezpieczeniem, a w rotterdamskim Museum Boymans van Beuningen zapłaciłem za wstęp o 5.5 euro mniej (warto wiedzieć, że dzieci i młodzież poniżej osiemnastego roku życia mają wstęp za darmo, natomiast w środy darmowy wstęp jest dla każdego!). Warto poszperać na Internecie w poszukiwaniu takich okazji i odpowiednio zaplanować wycieczkę.
  5. Używaj nieco mniej niż się zaleca takich produktów jak: proszek do prania, płyn do płukania, środki czyszczące, szampony itp. Różnicy w ich działaniu praktycznie nie będzie, a dzięki temu wyciśniesz z proszku dodatkowe pranie, a z płynu – dodatkowe mycie naczyń.
  6. Posiadaj mniej rzeczy. Długo zajęło mi zrozumienie faktu, że im więcej posiadam rzeczy, tym większym jestem ich niewolnikiem. Zadecyduj o tym, że będziesz posiadać mniej, a przekonasz się, jak dużo jest w Twoim życiu zbędności i o ile będzie Ci lżej, ponieważ nie będziesz potrzebować kolejnych – często tak naprawdę zbędnych – pierdół.
  7. Zdobywaj wiedzę, często bezpłatną, na tematy związane z oszczędzaniem i pomnażaniem pieniędzy. Jak mawia Brian Tracy: nie ma lepszego sposobu na wydanie ciężko zarobionych pieniędzy niż zainwestowanie ich w wiedzę o tym, jak zdobyć ich jeszcze więcej.

Skomentujesz? ;-)

Praca, zarobki i oszczędzanie w Holandii

W poprzednim poście odkryłem karty i przyznałem się do tego, że aktualnie przebywam w Holandii. Dokładnie dziś mijają dwa miesiące od przyjazdu, więc z tej okazji chciałem podzielić się z Wami doświadczeniami zdobytymi w tym wyluzowanym, pozbawionym większości spotykanych w Polsce ograniczeń i wolnym od uprzedzeń kraju. Być może wspólnie – razem z Czytelnikami, którzy również spędzili tutaj trochę czasu – uda się nam zbudować małe kompendium wiedzy pt. Jak przetrwać w Holandii?

Praca w Holandii

Jeżeli wcześniej nie pracowałeś w Holandii, to samodzielne zorganizowanie sobie pracy może być na początku nieco trudne. Regułą kciuka jest to, że aby dostać legalną pracę w Holandii, należy posiadać:

  • tzw. SOFI numer – odpowiednik naszego NIP’u, wyrabiany w holenderskich urzędach skarbowych. Wyrabia się go totalnie bez problemu, za darmo, a cały proces trwa maksymalnie 3 godziny (pod warunkiem uprzedniego umówienia się na wyrobienie numeru) i wymaga podstawowej znajomości języka angielskiego, aby poprawnie wypełnić formularz.
  • zaświadczenia o miejscu zamieszkania – bez tego można o legalnej pracy tylko pomarzyć. Wprawdzie niektórzy pracodawcy mogą poczekać trochę czasu, w którym załatwimy formalności, ale wtedy i tak będziemy musieli zaświadczyć nasz pobyt okazaniem umowy najmu.
  • konto w holenderskim banku – nie jest to może aż tak bardzo istotna sprawa, ale do ręki pieniędzy za legalną pracę się raczej nie dostanie (chyba, że zaliczkę). Osobiście polecam założenie konta w banku ABN AMRO – niskie opłaty (tylko 8.50 eur/kwartał), błyskawiczne założenie, brak dyskryminacji Polaków (czego niektórzy znajomi doświadczyli np. w Postbanku), dostęp przez Internet, karta płatnicza w przesyłana na adres zameldowania w 5 dni roboczych oraz gratisowy token do robienia przelewów.
  • holenderski numer telefoniczny – podobnie, jak z kontem bankowym, sprawa może i nie jest aż tak pilna, niemniej jednak zdrowy rozsądek podpowiada, że warto zapewnić ewentualnemu pracodawcy możliwie najwygodniejszy dostęp do siebie. Konkrety podaję nieco niżej.

Zarobki w Holandii

A konkretniej moje zarobki ;-) Największe doświadczenie w tej materii zdobywam pracując jako orderpicker w jednym z centrów dystrybucyjnych. Pracuję fizycznie, w systemie trzyzmianowym, 8 godzin dziennie, 5 dni w tygodniu. Do pracy muszę dojechać około 40 km w jedną stronę (jedyny koszt: mój czas wolny). Mam gwarantowaną wolną niedzielę i co najmniej jeden, ustalony na grafiku, dzień tygodnia. Realia są takie, że czasem pracuje się trzy (rzadko), a czasem 5 dni (norma) – wszystko zależy od tego, jakie jest w danej chwili zapotrzebowanie na towar w sklepach zaopatrzanych przez centrum.

Autor: Bianca de Blok

Wypłaty są co środę przelewane na moje holenderskie konto. Tydzień pracy powiększa jego stan średnio o 220 euro netto, czyli ok. 850 złotych (przeliczone po zaniżonym kursie 3.86 pln/eur). Kwota ta jest już pomniejszana o koszty mieszkania w domkach bungalow (dość wysokie jak na takie warunki, 60 eur/tydz.) oraz ubezpieczenie (standard, ok. 15 eur/tydz.), więc mając te pieniądze nie muszę martwić się od dach nad głową.

Dla Polaka, pracującego w Holandii, jest to dość typowe wynagrodzenie za pracę fizyczną, zdobytą za pośrednictwem biura pracy. Jeżeli udałoby się zdobyć ją samemu, a jest to dość trudne i często wymaga uprzedniego pokazania się pracodawcy jako dobry pracownik pozyskany z biura, wynagrodzenie wzrasta do ok. 12-15 euro netto na godzinę, w zależności od wykonywanej pracy.

Podatki od wynagrodzenia są w Holandii dość dziwne. Konkretnie: im więcej zarobisz, tym większy od tego zapłacisz podatek. Często dochodzi do sytuacji, w których po prostu nie opłaca się pracować tylko z tego powodu, że podatek zeżre nieraz połowę stawki za nadgodzinę. Przykładowo, pracując pięć dni w tygodniu zarobię 220 euro netto, natomiast sześć – 244 euro netto (przykład nieco zaokrąglony). Naturalnie, rozliczając się z podatku całość lub część tej kwoty, w zależności od dochodów, zostanie zwrócona, ale w Holandii na zwrot podatku urzędy mają rok – gdy rozliczymy się w terminie – lub trzy lata, w przypadku spóźnienia.

Muszę też wspomnieć o pewnym fakcie, który czyni pracę w kraju wiatraków mało opłacalną dla osób mających mniej niż 23 lata – stawka wiekowa. Im pracownik młodszy, tym mniej zarabia. Dochodzi do tego, że znajomi z pracy za wykonywanie tych samych czynności, co ja, mają wypłaty mniejsze aż o 50-70 euro. Uważam, że jest to trochę krzywdzące, stąd odradzam takim osobom legalną pracę w Holandii.

Oszczędzanie w Holandii

Człowiek do komfortowego życia potrzebuje trzech rzeczy: czterech kątów (najlepiej ogrzewanych), jedzenia i stałego dostępu do Internetu ;-)

Jeżeli chodzi o mieszkania, to koszty – w zależności od lokacji i metrażu – plasują się na poziomie od 350 euro w górę. Najlepszą opcją jest rozejrzenie się za okazjami, których w Holandii nie brakuje. Pewnym problemem jest na pewno fakt, że Holendrzy z reguły wymagają wpłacenia kaucji zwrotnej za wynajem, często stanowiącą ekwiwalent dwu- lub nawet trzymiesięcznego czynszu. Wtedy z naszych 350-ciu euro robi się nagle 1050 na samym starcie, więc trzeba być na to przygotowanym.

Niewątpliwymi zaletami mieszkania wynajętego przez grupę znajomych są: niższe koszty życia na osobę, spokój psychiczny oraz mniejsza odległość od miejsca pracy. Łatwiej jest też się zrzucić na kaucję.

Przykładowo, za pokój 12 m2 w domku bungalow, płacimy z Kasią tygodniowo 60 euro od osoby (120 euro/tydzień, 480 euro/miesiąc). Gdybyśmy sami wynajęli wspomniane nieco wyżej mieszkanie, koszt na osobę spadłby do 43.75 euro/osobotydzień, czyli w kieszeni zostaje 16.25 euro tygodniowo (845 euro rocznie! za osobę! czyli 3.5 tygodnia pracy!). Już nie wspomnę o tym, że nie muszę dzielić mieszkania z dodatkowymi czterema osobami, stać w kolejce do kuchenki, tolerować niepomytych naczyń i hałasów osób wracających ze zmian innych, niż nasze. Gdybyśmy jechali ze sprawdzonymi znajomymi, nasze koszta mogłyby być jeszcze mniejsze!

Zatem, jeżeli planujesz wyjazd do Holandii na dłużej, sugeruję Ci zorganizowanie własnego mieszkania lub chociaż pokoju.

Autor: Michel Meynsbrughen

Znajomi wspominali też o tzw. squatach, czyli adaptowanych do mieszkania pustostanach. Niektóre z nich zdarzają się być nawet nieco bardziej zorganizowane, np. jest grupa ludzi zarządzających, a od lokatorów pobiera się nie wielkie opłaty na zapewnienie elektryczności, ogrzewania i ciepłej wody, ale na dłuższą metę raczej odradzam tę formę mieszkania, bo czasem na squatach dzieją się różne rzeczy (o bezpieczeństwie naszych dóbr już nawet nie wspomnę).

A teraz papu :-) Otóż okazuje się, że jedzenie w Holandii jest… tanie. Średnio z Kasią wydajemy tygodniowo ok. 60 euro na jedzenie i alkohole, co pozwala nam na naprawdę fajne odżywianie się (normalne obiady, mięso 3-4 razy w tygodniu, okazyjnie fastfood, przekąski oraz procenty). Nasz rekord to wydatek zaledwie 33 euro na tydzień (ekwiwalent pracy 5 godzin pracy jednej osoby), przy czym pracowaliśmy na drugiej zmianie, za co przysługują nam dotowane obiady na firmowej stołówce.

O ile nie będę tutaj podawał cen chleba czy innych podstawowych produktów spożywczych, to chciałbym wspomnieć o sklepach, w których można się w nie zaopatrzyć. Zasada w Holandii, a podejrzewam, że nie tylko tu, jest taka, że im mniej wizualnie wypasiony supermarket, tym niższe ceny. Właśnie dlatego zamiast zaopatrzać się w Albert Heijnie (najdroższy) czy C-1000 (nieco tańszy), nasze zakupy robimy w pobliskim Aldiku czy oddalonym o ok. 6 km Lidlu. Dbają tutaj o klienta, więc zieleninka i mięsiwo są świeże. Ceny również wahają się w zależności od miasta. W Amsterdamie będzie nieco drożej niż w Ede, ale ta obserwacja to w zasadzie tylko common sense. Warto również pamiętać o kaucji za… butelki plastikowe. Dla mnie to była totalna nowość, gdy za każdą butelkę wody mineralnej dodano mi do rachunku kaucję w wysokości 0.25 euro!

Muszę przyznać, że chemia i kosmetyki też są dość tanie. Konkretów nie podam, ale kupowaliśmy tutaj zarówno środki czystości jak i wodę po goleniu, żele pod prysznic, balsamy i nie byliśmy negatywnie zaskoczeni cenami. Za to ubrania są dość drogie. Standardowa cena za dobrej jakości jeansy to 40 euro (w Batavia Stadt nawet 50 euro) – za te pieniądze w Polsce mam trzy pary średnich i dwie całkiem dobrych spodni. Naturalnie, można poszukać i natrafić na różne okazje, second handy, flomarkety czy snuffle, więc nie jest aż tak źle.

Jeżeli zaś chodzi o Internet, to w Holandii sprawa jest banalnie prosta. O ile nie udaje nam się skorzystać z dostępnego sygnału WiFi (a pełno jest go wszędzie, zwłaszcza w miastach – Holendrzy wydają się dość liberalni, jeżeli chodzi o zabezpieczanie swoich sieci domowych, a rożne instytucje – np. księgarnie – robią to z premedytacją), to za 30 euro – zakładając, że mamy telefon z technologią EDGE, UMTS lub HSDPA lub modem gsm – możemy zainstalować sobie szybki Internet na okres dwóch miesięcy. W tym celu wystarczy jedynie:

  • zakupić starter Vodafone (ok. 10 euro),
  • załadować go kuponem (min. 20 euro),
  • wysłać sms na numer 4000 o treści „ZORGELOOS INTERNET AAN” (koszt esa to niecałe 10 euro),
  • skonfigurować telefon lub modem,
  • i cieszyć się nielimitowamym dostępem do sieci przez miesiąc :-)

Rozmowy telefoniczne do Polski też nie są zbyt drogie. Posiadacze dostępu do sieci mogą dzwonić za grosze przez Skype, natomiast przyzwyczajeni do słuchawki mogą skorzystać z oferty jednej z wielu sieci oferujących tanie rozmowy międzynarodowe. Osobiście stosuję, a co za tym idzie polecam, sieć Lebara Mobile. Technicznie koszt minuty rozmowy do Polski na numer stacjonarny wynosi 0.09 euro, ale biorąc pod uwagę fakt, że doładowując konto za 10 euro jego stan powiększa się o 20 euro (u innych operatorów o 15 euro), koszt minuty spada do niziutkich 0.045 euro (4.5 eurocenta/minuta).

Podsumowanie

Oszczędzanie w Holandii nie jest praktycznie wcale trudne. Z 220-tu euro, jakimi dysponuję co tydzień, automatycznie – zgodnie z zasadą najpierw płać sobie – odkładam 20%, czyli 44 euro. Zostawia mnie to ze 176-cioma eurusami w kieszeni na życie, z których maksymalnie wydaję 60 na jedzenie i knajpy (wszystko zależy od zmiany, na którą pracuję). Suma summarum mam leżące luzem na koncie 116 euro tygodniowo, które przeznaczę na wydatki związane zarówno ze zwiedzaniem Holandii, jak i z wyjazdem oraz aklimatyzacją w nowym miejscu.

Gdyby nie moje plany wyjazdowe, uważam, że robiąc to, czym aktualnie się zajmuję i przy lekkim dziadowaniu (zdrowe jedzenie, mniej alkoholu i bez zwiedzania), byłbym w stanie odłożyć około 180 euro tygodniowo, czyli prawie 700 złotych (po kursie 3.86 pln/eur), 3100 złotych miesięcznie. Wydaje mi się to całkiem fajną kwotą, choć mam świadomość tego, że gdyby bardziej wgryźć się w dostępny dla przeciętnego Polaka  pracującego w Holandii potencjał, kwoty te mogłyby być nieco wyższe.

W zasadzie to wszystko, co przyszło mi do głowy z dziedziny praktycznego podejścia do pracy, zarobków i oszczędzania pieniędzy w Holandii. Jestem jednak przekonany, że tego tematu nie da się tak łatwo wyczerpać, dlatego jeżeli chciałbyś dowiedzieć się czegoś na jakiś inny temat związany z pobytem w kraju wiatraków, zostaw komentarz :-)

Co się u mnie dzieje…

Zwlekałem z napisaniem tego postu już od połowy listopada ubiegłego roku. Dlaczego? Nie mam pojęcia. Pewnie duży wpływ miało na ten fakt wyznawane przeze mnie zdrowe lenistwo, niemniej jednak czas trochę wyjaśnić i odkryć pewne sprawy.

W tej wielkiej tajemnicy generalnie chodzi o to, że… wyjechaliśmy z Kasią w podróż życia. Aby się za bardzo nie rozpisywać, oto nasz plan: wyjeżdżamy na około dwa lata, chcemy odwiedzić minimum osiem krajów, w których spędzimy średnio po trzy miesiące. W każdym z krajów szukamy pracy, aby się utrzymać, oraz żyjemy z oszczędności pochodzących z pracy w poprzednim kraju. Nie mamy pojęcia czy wrócimy do Polski czy napotkamy jakieś miejsce, w którym osiądziemy na stałe i założymy rodzinę… czas pokaże. To tak w skrócie :-)

Na ten pomysł wpadliśmy ponad rok temu, na początku września 2007. Właśnie kończyliśmy dwumiesięczny pobyt w Grecji i spędzaliśmy kilka dni w Atenach. Zetknięcie z obcą kulturą, zupełnie innymi ludźmi, fantastycznymi miejscami, poczucie spełnionego marzenia… podejrzewam, że to właśnie sprawiło, że w naszych głowach zaistniała taka koncepcja. W zasadzie gdyby nie to, że musieliśmy skończyć studia, pewnie wtedy nie wrócilibyśmy tak szybko do domu. Chcieliśmy więcej i inaczej. Wiedzieliśmy też, że możemy, że damy radę, więc jedynym, co pozostało, to wymyślić jak to zrobić?

W ciągu kilkunastu kolejnych dni na spokojnie przemyśleliśmy sprawę i ułożyliśmy plan działania, a potem zostało już tylko go zrealizować. Efektem, ostatnie wpisy powstają w Holandii, gdzie pracujemy na trzy zmiany jako orderpickerzy w jednym z centrów dystrybucji towaru hipermarketów Albert Heijn. Minęły dwa miesiące, a my dajemy sobie radę i jest świetnie! Odwiedziliśmy już Amsterdam, Arnhem i Utrecht. Na sylwestra bawiliśmy się w Eindhoven. Spełniłem jedno ze swoich mniejszych marzeń: zobaczyłem morze zimą. Żyć, nie umierać! :-) W zasadzie niczego, oprócz naszych przyjaciół i rodziny, za którymi bardzo tęsknimy, nam nie brakuje.

Dlaczego zdecydowaliśmy się na taką podróż? Dlaczego teraz? Dlaczego nie kariera, dzieci, samochód, dom? Powodów, jak zwykle, jest kilka. Dla mnie najważniejsze jest przedłużenie sobie młodości i tymczasowa ucieczka od wyścigu szczurów, w który znakomita większość ludzi świata pakuje się zaraz po zakończeniu edukacji. Nigdy nie wierzyłem w standardowy algorytm życia, jaki uwidacznia się u większości społeczeństwa: edukacja, szukanie pracy, etat, rozwijanie kariery, zakładanie rodziny, pakowanie się w kredyty itp. itd. Dla mnie życie według tego schematu to wegetacja, pełna nudy i stresów. Nie zrozumcie mnie źle – na dłuższą metę nie ma w powyższym nic złego – ba! sam pewnie kiedyś wejdę do tej rzeki – niemniej jednak od zawsze pragnąłem czegoś więcej, niż typowego życia, i ta podróż po części mi to zapewnia.

Jeżeli chodzi o karierę, to nie ma ona dla mnie aż takiego znaczenia, bo będę robił co w mojej mocy, aby być pracodawcą i pracować na siebie, a nie pracownikiem i pracować na pracodawcę. Natomiast jeżeli chodzi o rodzinę, to – naturalnie – pragnę ją założyć; wiem jednak, co potwierdzają zeznania starszych ode mnie i bardziej doświadczonych, że rodzina to duże poświęcenie – nie bardzo są wtedy warunki do swobodnego podróżowania i zwiedzania. Dla potwierdzenia tych słów napiszę, że praktycznie każda osoba, posiadająca już rodzinę, gdy słyszy o naszych planach, wzdycha z tęsknotą za czasami własnej młodości i dopinguje do podążania obraną przez nas drogą.

Aktualnie powoli zaczynamy organizowanie nowego zajęcia w nowym miejscu. Został nam już tylko miesiąc kontraktu, po którym dokładniej zwiedzimy kraj wiatraków lub, być może, skoczymy na chwilę w jakieś ciepłe miejsce. Potem najprawdopodobniej uderzymy zapoznać się z Wyspami. Pomimo planowania wszystko obarczone jest lekką nutką niepewności, więc – jak to lubię mawiać – czas pokaże jak to będzie.

Bardzo mnie interesuje Twoje zdanie odnośnie takiego podejścia do sprawy, dlatego proszę Cię o zostawienie komentarza :-)

Podsumowanie roku 2008 i plany na 2009

Minęło już kilka dni nowego roku, pora więc na podsumowanie wysiłków poczynionych w roku poprzednim i plany na 2009. Nie wiem, jak z tym jest u Ciebie, ale ja jestem całkiem zadowolony z tego, jaki obrót przybrały sprawy w ubiegłym roku. Zabawiając się w drobną retrospekcję, na blogu przedstawiłem kilka punktów, którymi chciałem się zająć:

  1. Usamodzielnienie się. Udało mi się to osiągnąć już w kwietniu 2008. Złożyło się na to kilka różnych czynników, o których nie ma co nawet wspominać, ale ważne jest, że od tamtego czasu było coraz lepiej. Dziś całkowicie żyję na własnym garnuszku i jestem z tego powodu bardzo zadowolony.
  2. Kolejny strumień pasywnego dochodu. Cel zrealizowany połowicznie. Większość pracy mam już wykonaną i gdyby nie mój wyjazd w świat (jeszcze o tym nie wspominałem, ale już niedługo), to i ten cel miałbym zrealizowany. W praktyce zostało mi już tylko kilka kosmetycznych czynności, niewielkie inwestycje i… zbieranie plonów. Finalizacja całej akcji zaplanowana jest na styczeń, a o rezultatach naturalnie dam znać.
  3. Realizacja wakacyjnych planów. Planów wakacyjnych nie udało się zrealizować… w wakacje. Są one konsekwentnie realizowane od połowy listopada, kiedy to wyjechaliśmy z Kasią z Polski. W sumie wyszło na to, że podjęliśmy świadomą decyzję o przesunięciu wyjazdu na ten okres, więc można powiedzieć, że ta część planu na 2008 również została zrealizowana.
  4. Zakończenie edukacji. We wrześniu udało mi się oddać i z powodzeniem obronić pracę magisterską, zatem zakończył się etap w moim życiu nazywany edukacją. Przyznam, że nie bez przysłowiowej łezki w oku rozstawałem się z uczelnią, ale z drugiej strony… osiem lat podstawówki, cztery liceum ekonomicznego, trzy licencjatu oraz dwa i pół (a w zasadzie trzy) studiów magisterskich… w sumie 18 lat nauki… czas przekuć tą naukę w mierzalne korzyści.
  5. Poziom oszczędzania: 20%. Dla niewtajemniczonych: PO to procent od każdego przychodu, jaki odkładam na cele związane z finansową niezależnością. Naturalnie jeszcze przed opodatkowaniem, zgodnie z zasadą najpierw płać sobie. W roku 2008 udało mi się przebić założony poziom o 5%, więc jest nieźle. W zasadzie jestem na półmetku do odkładania planowanych 40%, ale utrzymuję założony na początku ubiegłego roku  horyzont czasowy tego przedsięwzięcia (5 lat, a w zasadzie już 4).
  6. Zakończenie tworzenia funduszu awaryjnego. Cel, który rozpocząłem jeszcze w roku 2007, został osiągnięty. 3000 złociszy ładnie leży sobie na koncie 4,5% i czeka na wykorzystanie, choć mam nadzieję, że nigdy nie będzie takiej potrzeby ;-)
  7. Budowa funduszu inwestycyjnego. Jak się okazało, finansowo pociągłem, więc mogłem zabrać się za odkładanie na bardziej kreatywne drogi budowania finansowej niezależności. Niestety nic z inwestowania tych pieniędzy nie wyszło. Po części przez kryzys, po części przez brak zdecydowania, po części przez brak rozsądnych opcji. No ale pieniądze są i czekają na okazję, aby nimi obrócić, więc jest OK.
  8. Budżetowanie. Z budżetowaniem jest taka historia, że wziąłem się za nie, ale połowicznie. Otóż stworzyłem sobie specjalny arkusz do notowania miesięcznych przychodów, ale nie notowałem wydatków. Niestety jak na studenckie (jeszcze wtedy) życie nie miałem głowy, żeby zapisywać każdy wydatek i choć wprawdzie rzetelnie zapisywałem wydatki na moje hobby, to jednak cała reszta podpadała pod kategorię „zakupy”. Muszę przyznać, że przy pozytywnym przepływie pieniężnym dzielenie wydatków na bardziej szczegółowe kategorie nie ma większego sensu, to gdy ktoś ma problemy finansowe – jak najbardziej warto się tym zająć.
  9. Tajemniczy egzamin. Niestety nie udało mi się zdać tajemniczego egzaminu, choć niewiele brakło. Na szczęście wszystkie wydatki, które nań poniosłem nie poszły na marne (viva la Unia Europejska!), więc za jakiś bliżej nie określony czas ponownie do niego podejdę – z lepszym, mam nadzieję, efektem końcowym.
  10. Przyrost dochodu o 20%. Zgodnie z sugestiami Briana Tracy postanowiłem co roku podnosić sobie poprzeczkę w przyroście dochodu o pewien procent. W roku 2008 bez większych problemów osiągnąłem dużo więcej, niż założone (nie publicznie) 20%, dlatego w nowym roku utrzymuję ten poziom i na koniec chcę mieć o 20% więcej zarobionych pieniędzy, niż w roku 2008.

Jak widać dwutysięczny ósmy był dla mnie całkiem pozytywnym rokiem. Przyznam szczerze, że robienie tego podsumowania sprawiło mi nie lada przyjemność – zresztą, kto by nie był zadowolony z siebie i swoich osiągnięć ;-) No ale co było, a nie jest… i tak dalej.

Jeżeli zaś chodzi o plany, to w 2009 chciałbym:

  1. Uprościć swoje życie. Chciałbym, zgodnie z naukami takich speców, jak Tim Ferriss czy Leo Babauta, pozbyć się niepotrzebnych rzeczy i obowiązków z mojego życia oraz maksymalnie zautomatyzować to, co da się da zautomatyzować. Konkretów jeszcze niestety nie podam, ale generalna myśl wydaje się jest jasna. Korzyściami będzie większa ilość wolnego czasu, mniej obowiązków, mniej rzeczy do pamiętania i – mam nadzieję – większe oszczędności w szerokim tego słowa znaczeniu. O wszystkim naturalnie napiszę na blogu ;-)
  2. Napisać drugą książkę. Korciło mnie w zeszłym roku żeby jakoś zebrać całą moją wiedzę o oszczędzaniu, pasywnym dochodzie, niezależności finansowej i tym podobnymi sprawami w jedno, zwarte, zawierające wyłącznie praktyczne informacje i porady, opracowanie. Korciło, ale nic z tego nie wyszło. W tym roku wyjdzie :-)
  3. Zarobić 20% więcej, niż w roku 2008. Wspominałem już o tym nieco wyżej, ale jakoś tak ekscytuję się tym celem, zwłaszcza że w 2008 poszło mi znakomicie ;-)
  4. Rozwinąć swoje biznesy. Niestety nie da się tego jakoś bardziej skwantyfikować, ale generalnie ma to związek z punktem powyższym. W zasadzie każdy mój biznes generuje mi pół pasywny przychód, czyli daje bardzo wymierne korzyści finansowe przy minimalnym nakładzie pracy. W 2009-tym chciałbym kosztem nieco większego wysiłku uzyskać dużo większe dochody.
  5. Odwiedzić co najmniej 3 nowe kraje. Kurczę, nie mogę się zebrać do opisania moich aktualnych planów, a wtedy wszystko byłoby o wiele bardziej klarowne.
  6. Przeczytać 12 książek o rozwoju osobistym. Studia skończone, ale na rozwój samego siebie zawsze powinno się znaleźć czas. Książki wydają się doskonałą kopalnią wiedzy – zwłaszcza w podróży – a czytane (średnio) raz na miesiąc powinny zagwarantować dostateczną ilość czasu na to, aby świeżo zdobytą wiedzę zacząć stosować w praktyce. Tytułów na razie nie podaję, bo – szczerze mówiąc – jeszcze ich nie wybrałem, ale pojawi się o tym stosowny wpis na Oszczędzaniu.
  7. Poprawnie rozliczyć się z fiskusem. Last but not least. W zeszłym roku miałem drobne przejścia z kochanym UeSem, ale wszystko udało się szczęśliwie ogarnąć (rozliczałem się samodzielnie, pierwszy raz w życiu). Niestety w tym roku będzie jak w poprzednim, ale nieco trudniej. Dzięki Bogu mam czas na te puzzle do 30. kwietnia ;-)

W zasadzie to tyle planów. Z doświadczenia wiem, że im większa to-do lista, tym wolniej z niej rzeczy znikają, dlatego tych siedem ważnych i znajdujących się w moim zasięgu celów do realizacji w ciągu roku w zupełności mi wystarczy. Przynajmniej mam taką nadzieję, a o efektach przekonam(y) się w kolejnym podsumowaniu ;-)

A jak u Was z realizacją planów z 2008 i planami na 2009? Jeżeli macie ochotę – podzielcie się nimi w komentarzach. A nuż-widelec coś komuś pomożemy czy skierujemy na przyjazny tok myślenia ;-)

Trzymam kciuki za Was i za siebie! :D